chat_story
historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z życia moich znajomych, ich przygodami i znajomościami, które miały swój początek w wirtualnej rzeczywistości.
Kategorie: Wszystkie | half_face
RSS
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Rozdział 51 Fanaberie

    – Kurde, zobaczcie na Jarka! Znów ma ten swój cyniczny uśmieszek przyklejony do twarzy! – Łucja Majer jako pierwsza dostrzegła niebezpieczeństwo nadciągające od strony drzwi – Miałaś już okazję poznać naszego agencyjnego figo-fago? – Zwróciła się do Doroty, która grała dziś dziewczynę Kuby Bajerskiego.

    – O tak! – Dorota uśmiechnęła się ironicznie do Kuby – Mieliśmy kiedyś okazję być na podwójnej randce: ja, Kuba, moja młodsza siostra i Jarek!

    – Hmm, będziesz musiała mi o tym koniecznie opowiedzieć! Nie wiem czemu, ale Kuba jakoś zataił przede mną ten szczegół swojej biografii!

Powoli rozkręcała się firmowa impreza agencji HollyŁódź z okazji startu największej  w 3-letniej historii agencji kampanii reklamowej nowego piwa marki Bross.  Do klubu Fanaberia zjechali już prawie wszyscy zaproszeni goście.  Jarek Walczak przepychał się przez salę dumny jak paw, prowadząc za sobą jakąś nową, nieznaną nikomu, anorektyczną modelkę o nienaturalnie prostych włosach koloru popielatego.

    – Czytaliście już ten artykuł, który się ukazał w „Media i Marketing” na temat naszej kampanii Bross’a? – Jarek tryumfalnie rzucił na stół, przy którym siedzieli Krzysztof Młynarczyk, Łucja Majer, Kuba i Dorota, egzemplarz pisma otworzony na całostronicowym artykule poświęconym kampanii wprowadzającej na rynek nową markę piwa i okraszonym dwoma zdjęciami kreacji przygotowanych przez HollyŁódź.

    – Czy Alicja Bednarska to jest ta dziennikarka, której poświęcałeś tyle czasu ostatnio? – Łucja Majer zerknęła na nazwisko autorki obszernego artykułu i uśmiechnęła się porozumiewawczo do Kuby. Chuda modelka towarzysząca Jarkowi rzuciła Łucji lodowate spojrzenie i skierowała się w kierunku baru z wyraźnym fochem na twarzy.

    – Uuuuu! Biegnij za nią, bo gotowa się jeszcze na ciebie obrazić! – Kuba poklepał Jarka po ramieniu. Dorota z dystansem obserwowała te agencyjne zabawy sącząc swojego pierwszego drinka tego wieczora.

    – Laska nie ma powodów by się obrażać. Nie pretenduje jeszcze nawet do miana mojej dziewczyny – Jarek z rozbrajającą szczerością wyjaśnił zgromadzonym status modelki – Chciała pokazać się naszym klientom w nadziei, że któryś zechce ją zatrudnić do jakiejś reklamy, więc ją łaskawie zabrałem ze sobą i tyle!

Tymczasem na sali pojawił się Andrzej Romanowski w towarzystwie swojej żony Julii, która przyciągała spojrzenia zarówno mężczyzn jak i kobiet odważną sukienką w kolorach morskiej zieleni i kobaltu.  Andrzej podszedł się przywitać do stolika przy którym rozsiadła się ekipa HollyŁódź. 

    – Widzę, że już zdążyliście wypić za swój sukces! – Andrzej zerknął znacząco na rząd pustych szklanek po piwie i po drinkach, które stały na stoliku.

    – Przysiądźcie się na chwilę do nas! – Jarek przysunął dla Julii fotel od sąsiedniego stolika, a Andrzej przyniósł sobie drugi.

    – Kampania Bross’a to nie jedyny sukces, który będziemy dzisiaj opijać! – Krzysztof Młynarczyk, prezes agencji, wyznał Andrzejowi na boku – Przedwczoraj wygraliśmy też przetarg na jesienną kampanię bielizny marki Key.

    – No to jest nasz duży sukces! – Wtrącił się Jarek, podając Andrzejowi kufel piwa, a Julii drinka – W ostatnim etapie przetargu pokonaliśmy dwie sieciówki! Saatchi & Saatchi i BBDO!

    – Gratulacje! – Andrzej uniósł swój kufel z piwem do góry – A może przy tej okazji trafi mi się jakieś zlecenie na sesję zdjęciową, co?

    – No nie wiem… – Jarek pokiwał głową – A zastanawiałeś się już nad zainwestowaniem w rozwój swojego atelier?

    – Tak, zrobiłem wstępną kalkulację… To będą naprawdę spore koszty! – Julia, nieco zaskoczona, zaczęła się uważniej przysłuchiwać tej rozmowie – Byłem na rozmowach w kilku bankach na temat kredytu, ale czuję, że nie będzie łatwo to sfinansować!

    – A w czym problem? – Jarek uśmiechnął się głupkowato i wypił kolejnego dużego łyka piwa.

    – Spłacam jeszcze nasz kredyt na mieszkanie, a dochody mojego studia nie są regularne i tak dalej… Sam wiesz, jak to się rozmawia z tymi bankami!

    – Chwila, Andrzej! – Julia nie wytrzymała i wtrąciła się do rozmowy – A dlaczego ze mną o tym nie porozmawiałeś? Przecież mogę Ci pomóc!

    – W jaki sposób?

    – Moje dochody są regularne i nie są obciążone spłatą żadnego kredytu! Myślę, że gdybyśmy chcieli wziąć ten kredyt razem, to bank nie będzie robił problemów. Pogadam w poniedziałek z moim znajomym z Reiffeisen Banku!

    – Widzisz Andrzej! Czasem trzeba posłuchać żony! – Jarek  spojrzał łobuzersko na Julię i zwrócił się do niej teatralnym szeptem – Julio, wyglądasz dziś naprawdę zjawiskowo! … Koniecznie przypilnuj Andrzeja z tym kredytem!

Andrzej pokiwał głową, ale wewnętrznie czuł, że będą z tego problemy.

Dorota tymczasem zaczynała łączyć różne fakty w całość i powoli domyślała się już, kim jest Andrzej i Julia. Dla pewności potrzebowała jeszcze tylko oficjalnego potwierdzenia z wiarygodnego źródła. Wykorzystała moment, gdy Łucja udała się do baru i poszła jej śladem. Stanęła obok niej przy barze i zamówiła kolejnego drinka.

    – Łucja, powiedz mi, kim jest ten Andrzej? On chyba nie pracuje u was w agencji?

    – Nie, to Andrzej Romanowski. Jest fotografem. Czasem zlecamy mu wykonanie różnych sesji zdjęciowych do reklam, nad którymi pracujemy.

    – Aha, czy to on robił tą sesję dla Trolla w Sopocie?

    – Tak! Świetne zdjęcia z tego wyszły! – Łucja zamyśliła się na moment – To chyba jedna z jego najlepszych sesji dla HollyŁódź.

    – Przepraszam cię na chwilę, ale chyba muszę zajrzeć do toalety…

    – Kurwa, co za debil! – warknęła pod nosem Julia, próbując osuszyć papierowym ręcznikiem swoją sukienkę w okolicach piersi. Spojrzała w lustro, ale rozległa plama nie zmniejszała się.  Z kabiny nagle wyszła Dorota Wolska i uśmiechnęła się niepewnie na widok Julii.

    – Jakiś problem z sukienką?

    – Ten debil, Jarek Walczak, oblał mnie swoim drinkiem… Chyba będę teraz musiała paradować z taką plamą przy samym dekolcie!

    – No rzeczywiście trochę żal sukienki, ale tak szczerze mówiąc, to nie rzuca się to bardzo w oczy! – Dorota kłamała i sprawiało jej to dziwną przyjemność – Nie musisz się aż tak przejmować!

    – To nowa sukienka, kupiłam ją specjalnie na tą okazję w Hexeline… Kurwa, zawsze coś musi mi zepsuć nastój… i jeszcze ten Andrzej! Nawet nie raczył mi powiedzieć, że ma problem z uzyskaniem kredytu!

    – No rzeczywiście! Nie powinien mieć przed żoną takich tajemnic! Ciekawe, co jeszcze może przed tobą ukrywać…

Dorota umyła ręce, wytarła je w papierowy ręcznik i zostawiła Julię samą z jej myślami.

 

 

01:29, peter_hoffman
Link Komentarze (13) »
piątek, 21 marca 2008
Rozdział 50 Przygotowania - część 2

Dorota stała ze szklanką Pepsi z rumem na balkonie mieszkania Bartka i wdychała łapczywie rześkie wieczorne powietrze. Z mieszkania dobiegały dźwięki ożywionej rozmowy znajomych gospodarzy, którzy zostali zaproszeni na imprezę urodzinową Bartka. W zasadzie jednak tylko Dorota i Łucja Majer reprezentowały tu znajomych Kuby. Całą resztę stanowiło barwne grono kumpli i zaprzyjaźnionych klientów Bartka. Dorota raptem dwa dni po nieszczęśliwym wypadku skwapliwie przyjęła zaproszenia od chłopaków – potrzebowała wyrwać się z domu, napić się czegoś i pośmiać się w dobrym towarzystwie. Jej związek z Maćkiem udało się chwilowo podreperować, choć opcja wyjazdu Maćka do pracy w Irlandii wydawała się nadal realna i niezwykle kusząca. W tym momencie jednak nie to zaprzątało jej myśli. Cały czas prześladowały ją jeszcze obrazy z wypadku, twarz mężczyzny w momencie gdy uświadomił sobie, co go niechybnie czeka, jego ciemne workowate ciało przetaczające się nad jej samochodem i widok bezwładnie leżącego na jezdni ciała, spod którego wypływała stróżka krwi. 

    – Mam znajomego klienta, który jest lekarzem w Szpitalu Kopernika, mogę go poprosić, żeby sprawdził, czy ten facet przypadkiem nie trafił do nich – Bartek stanął niepostrzeżenie obok Doroty i oparł się tyłem o barierkę balkonu. Ich ramiona otarły się delikatnie o siebie.

    – W przyszłym tygodniu mam się stawić na policji i złożyć jakieś dodatkowe zeznania, to może wtedy dowiem się czegoś więcej, bo teraz to nawet nie wiem jak on miał na nazwisko.

    – Dręczy cię to?  

Dorota nie odpowiedziała. Uznała swoje milczenie za wystarczającą odpowiedź. Bartek wypił dużego łyka Martini zanim znów się odezwał.

    – Nie obraź się, ale mam do ciebie pewną nietypową prośbę! – Bartek nieśmiało przerwał chwilę obopólnej zadumy.

    – Tak? A o co chodzi? – Dorota z zaciekawieniem spojrzała na Bartka, który najwyraźniej czuł jakiś dyskomfort podejmując ten temat.

    – W piątek Kuba ma jakąś super ważną firmową imprezę. Agencja wynajęła na wieczór cały klub Fanaberia i zaprosiła wszystkich klientów i inne szychy z branży. To chyba z okazji startu ich pierwszej kampanii dla tego nowego piwa…

    – No dobra, ale co ja mam z tą sprawą wspólnego?

    – No wiesz, wszyscy przyjdą ze swoimi żonami, dziewczynami, a Kuba przecież nie weźmie mnie jako osoby towarzyszącej… Zwierzał mi się, że niektórzy koledzy z agencji robili mu już wcześniej jakieś przytyki, gdy przychodził sam na takie imprezy.

    – Łucja jest jedyną osobą w agencji, która wie o nim? – Dorota ruchem głowy wskazała na Łucję Majer, która właśnie rozmawiała z Kubą w salonie.

    – Tak, przed Łucją nie ma tajemnic, ale sama rozumiesz, że łatwiej mu powiedzieć o tym kobiecie, niż tym wszystkim facetom, którzy między sobą opowiadają tylko głupie i prostackie kawały o gejach.

    – No rozumiem, …ale czego ode mnie oczekujesz?

    – Myślę, że Kuba nie stresowałby się tą imprezą i poczuł się pewniej, gdybyś zgodziła się iść z nim jako jego osoba towarzysząca.

    – Miałabym odgrywać jego dziewczynę? – Dorota uśmiechnęła się na samo wspomnienie swojego krótkiego „romansu” z Kubą.

    – No, coś w tym stylu… Zgodzisz się? – Bartek popatrzył błagalnie na Dorotę.

    – Musi ci na nim naprawdę mocno zależeć – Dorota popatrzyła na niebo, na którym miedzy chmurami odnalazła kilka gwiazd – No dobra, zrobię to dla ciebie. Ale czy Kuba wie, że o tym rozmawiamy?

    – Jeszcze nie. Wiesz, nie chciałem, żeby się rozczarował, gdybyś się jednak nie zgodziła. Powiem mu jutro… Jestem twoim dłużnikiem!

    – Nie ty, tylko Kuba! – Dorota uśmiechnęła się i dopiła swojego drinka. Bartek zaś odetchnął z ulgą. Czuł, że w ten sposób zapewni Kubie komfort psychiczny.

02:42, peter_hoffman
Link Komentarze (11) »
Rozdział 50 Przygotowania - część 1

Julia weszła do toalety w klubie „Paparazzi” w Manufakturze. Spojrzała w lustro i zobaczyła swoje szaroniebieskie oczy otoczone ciemnymi podkowami niewyspania. Od kilku dni miała problemy z zasypianiem. Wyciągnęła z torebki błyszczyk do ust i puder. Podreperowała pośpiesznie swój wygląd. Za kilka minut będzie tu jej przyjaciółka Jolka. Umówiły się na małą rundę po sklepach z ciuchami w Manufakturze – H&M, Promod, Tally Weijl, Hexeline, Triumph – na pewno poprawią sobie humor jakimiś zakupami. Jeszcze odrobina różu na blade policzki i była gotowa, by stawić czoła podejrzliwości swojej przyjaciółki. Gdy wyszła z toalety Jolka właśnie wchodziła do klubu. Uśmiechnęły się do siebie i ucałowały w policzek na powitanie. Zajęły miejsca przy stoliku w tej części sali, która pogrążona była w bezpiecznym półcieniu. Młody, wymuskany kelner zjawił się szybko i przyjął zamówienie. Jolka, która nie prowadziła samochodu, zamówiła gin z tonikiem, a Julia poprosiła o cafe latté.

    – Znów nocował poza domem? – Jolka szybko zdiagnozowała nastrój przyjaciółki i wypaliła to nieznośne pytanie bez żadnego ostrzeżenia.

    – Zdaje się, że pracuje nad jakąś dużą kampanią na zlecenie HollyŁódź – Julia próbowała niezdarnie zbagatelizować sprawę.

    – Kiedyś nie zdarzało mu się to aż tak często…

Julia po prostu zignorowała tą uwagę wyniosłym milczeniem i skupiła się na studiowaniu Menu.

    – O kurcze, zobacz kto tu właśnie wszedł! – Jolka porozumiewawczo kiwnęła głową w prawo. Julia odwróciła się i zobaczyła szpakowatego mężczyznę w towarzystwie atrakcyjnej dwudziestolatki podchodzących do baru.

    –  To przecież Dylewski! Tylko kim jest ta laska, bo na pewno nie jest to jego żona!

    – No właśnie… Pan doktor habilitowany chyba przechodzi kryzys wieku średniego… – Jolka powoli taksowała wzrokiem walory dziewczyny – Cóż pani Dylewska musiałaby chyba poddać się paru zabiegom, żeby sprostać takiej konkurencji!

    – Jesteś okrutna! – Julia skarciła przyjaciółkę, gdy tymczasem Dylewski i jego towarzyszka wstali od baru i skierowali się w kierunku pobliskiego stolika. Julia napotkała wzrok swojego starszego kolegi z Wydziału Prawa. Skinęła mu głową na powitanie. Dylewski zmieszał się i odpowiedział jakimś nerwowym uśmiechem. W ostatniej chwili zawrócił i stanowczym ruchem ręki skierował swoją przyjaciółkę w przeciwnym kierunku, unikając bezpośredniej konfrontacji z Julią i Jolką.

    – Przestraszył się nas! – Syknęła Jolka i odwróciła się, by sprawdzić gdzie usadowił się Dylewski z dziewczyną – Mam ochotę podejść do nich, przywitać się i zapytać, co słychać u jego żony!

    – Ciekawe, czy ona wie? – Julia zamyśliła się, ogrzewając dłonie o szklankę z cafe latte, które kelner właśnie jej przyniósł – Jeszcze jakieś 3 tygodnie temu widziałam go z żoną na naszej imprezie wydziałowej… Nie wyglądali na parę, która ma jakieś problemy!

    – Kobiety są czasami takie ślepe, z resztą nie wiem, może wolą pewnych rzeczy nie widzieć! – Jolka ponownie spojrzała w kierunku Dylewskiego, który nachylił się w kierunku swojej towarzyszki i szeptał jej coś do ucha, zerkając jednocześnie w jej dekolt.

Pół godziny później w salonie Hexeline, gdy Julia przymierzała piękną suknię w zimnych odcieniach morskiej zieleni i kobaltu, w których tak bardzo było jej do twarzy, nastąpiło nagłe olśnienie.

    – Wyglądasz rewelacyjnie w tej kiecce! – Jolka rzuciła z nieskrywaną zazdrością, gdy Julia odsunęła kotarę w przymierzalni – Zrobisz prawdziwą furorę na tej imprezie HollyŁódź!

    – Jolka!?... Czy ty myślisz, że Andrzej może mieć kogoś? … to znaczy czy on może spotykać się z jakąś inną kobietą?

    – No nie wiem, ale przyznasz, że jego zachowanie jest nieco podejrzane!

Andrzej wyszedł zdenerwowany z placówki ING Banku Śląskiego i wsiadł do swojego jeepa. Edyta, która czekała na niego w samochodzie, zerknęła na niego badawczo.

    – O co chodzi?

    – O nic! – Andrzej przekręcił nerwowo kluczyk w stacyjce i dodał więcej gazu niż było potrzeba, by samochód ruszył – Nie mam zdolności kredytowej, bo moje przychody są zbyt nieregularne i nie wynikają z długoterminowych umów…

    – Może ING jest bardziej rygorystyczne niż inne banki, powinieneś spróbować gdzie indziej! – Edyta włączyła radio w samochodzie i zaczęła cicho nucić piosenkę Eurythmics „Who’s that girl”.

    – To był już trzeci bank, który odesłał mnie z kwitkiem. Staram się o bardzo dużą kwotę, a oni nie chcę ryzykować, tym bardziej że spłacam już jeden duży kredyt. Potrzebny mi jakiś współkredytobiorca z regularnymi, wysokimi przychodami…

    – Niestety ja się chyba nie nadaję! – Edyta westchnęła głośno i sięgnęła po gazetę która wystawała z jej torebki – A może pójdziemy w piątek do kina? Grają nowy film Woody Allena. Słyszałam, że jest naprawdę dobry!

    – Nie dam rady. W piątek jest ta wielka impreza, którą organizuje HollyŁódź i po prostu muszę tam być…

    – Idziesz z nią?

    – Tak. Oni znają Julię i zaprosili nas oboje. Wiesz, że sto razy wolałbym iść z tobą, ale to jest naprawdę dobra okazja, żeby pogadać z różnymi ludźmi z branży o nowych zleceniach i dlatego nie chcę teraz robić niepotrzebnego zamieszania przyprowadzając ciebie zamiast Julii, którą dobrze znają.

    – Nie musisz się tak tłumaczyć. W końcu ona nadal jest twoją żoną.

 

 

02:40, peter_hoffman
Link Komentarze (4) »
niedziela, 15 lipca 2007
Rozdział 49 Na skróty
Od tamtej pamiętnej rozmowy przy śniadaniu Julia starała się unikać wspólnych posiłków z Andrzejem. Gdzieś głęboko w środku czuła ogromny lęk przed kolejną taką rozmową. Wiedziała, że to jest nieuniknione. Ten wrzód będzie kiedyś musiał pęknąć. Jednak nie czuła się jeszcze gotowa, by stawić temu czoła. Poprzedniej nocy Andrzej w ogóle nie wrócił do domu. Wysłał jej tylko zdawkowego SMSa, że przenocuje w swoim studio. Ile to już było takich SMSów w ostatnim okresie? Zdążyła się przyzwyczaić, choć zaczęła też odczuwać jego brak w łóżku, które było zdecydowanie zbyt szerokie dla niej samej. Dystans między nimi powiększał się, ale jak na razie nie miała pomysłu, jak go zmniejszyć.

Gdy kwadrans po ósmej rano wchodziła do kuchni, by zrobić sobie kawę nie spodziewała się, że go tam zastanie. W czystej, perfekcyjnie wyprasowanej koszuli i dopasowanych czarnych spodniach wyglądał jak ktoś zupełnie inny, makler giełdowy czy japiszon z Londyńskiego City.

    - Nie słyszałam kiedy wróciłeś - Julia stanęła nieco zaskoczona w progu i pośpiesznie przeczesała ręką swoje wilgotne jeszcze włosy.

    - Brałaś wtedy prysznic... Mam o 11:00 spotkanie z agencją, przyjechałem zmienić koszulę i coś przegryźć - Andrzej unikał kontaktu wzrokowego, całą swoją uwagę skupiając na smarowaniu bułki marmoladą. Jakoś dziwnie się czuł wracając do domu po nocy spędzonej z Edytą.  Na szyi czuł jeszcze pieczenie po ostatnich porannych pocałunkach Edyty.

Julia otworzyła lodówkę i wyjęła sobie jogurt z ziarnami zbóż. Czuła dziwny niepokój, tak jakby powoli traciła kontrolę nad swoim życiem. Była we własnej kuchni, a bała się usiąść przy stole na wprost swojego męża. Przystanęła za plecami Andrzeja, oparła się o blat kuchenny, otworzyła jogurt i zaczęła go jeść. Zerkała na Andrzeja i zauważyła, że kołnierzyk jego koszuli był z tyłu krzywo ustawiony. Chwilę powstrzymywała swoją naturalną reakcję, aż w końcu uległa. Podeszła do niego i delikatnie poprawiła mu kołnierzyk. Z premedytacją zrobiła to powoli tak, by odczuł jej delikatność. Andrzej zamarł w bezruchu, czując że Julia cały czas stoi za jego plecami. Poczuł jak jej palce musnęły delikatnie jego kark, dotknęły w przelocie płatek ucha, a potem na chwilę dłoń Julii spoczęła na jego ramieniu. Gdy się odwrócił Julia wychodziła już pośpiesznie z kuchni.

Dyskretnie otarł dłonią krople potu, które pojawiły się na jego czole po wejściu na drugie piętro. Andrzej był nieco spięty, gdy przekraczał próg sali konferencyjnej agencji HollyŁódź. Szybko się zorientował, że w wystroju tej sali zaszły spore zmiany od czasu, gdy był tu poprzednio. Pospolite plastikowe krzesła wymieniono na eleganckie czarne fotele, a zwykłą drewnianą ławę zastąpiono owalnym stołem z blatem z grubego szkła o lekko zielonkawym odcieniu. Całości dopełniał ekran oraz rzutnik multimedialny zainstalowany na specjalnym wysięgniku pod sufitem. Okna przysłonięte wertykalnymi żaluzjami wpuszczały wąskie strugi ostrego południowego słońca, które świeciło teraz prosto w okna. Do sali za Andrzejem wszedł Jarek, a po chwili dołączyli także Kuba i prezes agencji Krzysztof Młynarczyk. Jarek wskazał Andrzejowi fotel i zaczął podłączać swój laptop do projektora. Inni uczestnicy spotkania zajęli pozostałe wolne miejsca wokół stołu. Po chwili weszła Łucja Majer niosąc na tacy filiżanki z kawą.  Jarek zaczął wyświetlać na ekranie serię zdjęć, które Andrzej wykonał na zlecenie HollyŁódź do kampanii nowego piwa.

    - O właśnie! - prezes agencji podniósł rękę do góry -  To zdjęcie ci się udało, Andrzej... -  Krzysztof Młynarczyk poklepał po plecach Andrzeja, który siedział obok niego - Jarek, możesz cofnąć do poprzedniego zdjęcia? Jak myślisz Kuba? Nadaje się do kampanii outdoorowej? - prezes agencji zerknął na Kubę.

    - Tak, o coś takiego nam chodziło! Trzeba będzie je trochę jeszcze obrobić komputerowo, ale mamy dobrą bazę wyjściową.

Jarek wyświetlił kolejne fotografie, a zebrani komentowali je żywiołowo. Gdy wszystkie zdjęcia zostały już pokazane, zapadła cisza, którą przerwał Jarek Walczak

    - Andrzej, wiesz, że cenimy twój talent i doświadczenie... Chcielibyśmy dalej z tobą współpracować, ale musisz zdawać sobie sprawę że, nasza agencja się rozwija, pozyskujemy nowych dużych i wymagających klientów... a twoje skromne atelier nie pozwala na realizowanie dużych i skomplikowanych technicznie sesji...

    - Jarek jak zwykle przynudza - Przerwał mu Krzysztof Młynarczyk - Andrzej, sprawa wygląda tak: albo zainwestujesz w rozwój własnego studia, wynajmiesz coś większego, kupisz nowoczesny sprzęt i będziesz nam w stanie zaoferować kompletną usługę w konkurencyjnej cenie, albo niestety będziemy zmuszeni zacząć korzystać z usług innych fotografów!

    - Nie traktuj tego jak groźby! - Ponownie wtrącił się Jarek - Po prostu musimy naszym klientom zagwarantować najniższe możliwe ceny usług podwykonawców, żeby utrzymać konkurencyjność cenową HollyŁódź!

Zapadła niezręczna cisza. Przerwał ją Jarek Walczak, który wyciągnął z segregatora jakąś broszurę.

    - Zerknij na to!... - Po śliskim blacie stołu Jarek przesunął w kierunku Andrzeja kolory folder - Dostaliśmy taki cennik usług od jednego z lepszych fotografów reklamowych z Warszawy... - Andrzej wziął profesjonalnie przygotowaną broszurę z prezentacją oferty Atelier Foksal z Warszawy. Przekartkował i zatrzymał się na ostatniej stronie z cennikiem usług. Ich zakres znacznie przewyższał to, co on mógł aktualnie zaoferować, a ceny były rzeczywiście konkurencyjne. Dotychczasowe poczucie bezpieczeństwa Andrzeja oparte w głównej mierze o zażyłą współpracę z agencją HollyŁódź, która sukcesywnie dostarczała nowych zleceń, w jednej chwili załamało się i rozpadło niczym domek z kart. Andrzej już kiedyś rozmawiał z Jarkiem o rozbudowie swojego studia fotograficznego, ale dopóki sytuacja nie zmuszała go do tego, nie miał szczególnej ochoty zabierać się za to.

    - No Andrzej, nie załamuj się chłopie, przecież dla Ciebie rozbudowanie atelier to też szansa na nowych klientów i większe zyski! - Jarek nalał Andrzejowi wody do szklanki.

    - No tak, ale chyba zdajecie sobie sprawę, że to jest ogromna inwestycja finansowa...

    - Pewnie będziesz musiał pomyśleć o jakimś kredycie! - Krzysztof Młynarczyk podrapał się za uchem - Mam znajomego w MultiBanku, jak chcesz to mogę z nim pogadać. Może coś ci doradzi.

    - No ale nie popadajmy teraz w pesymizm! W przyszły piątek organizujemy taką małą imprezę firmową w klubie Fanaberia z okazji startu kampanii dla nowego piwa i będzie okazja trochę się zabawić, wypić parę drinków i pogadać na luzie  - Łucja Majer wręczyła Andrzejowi zaproszenie - Mamy nadzieję, że jako jeden z twórców tej kampanii wpadniesz razem z żoną? Zaprosiliśmy wszystkich naszych klientów i partnerów biznesowych.

    - Dzięki, oczywiście możecie liczyć na moją obecność! - Andrzej wstał i podał rękę na pożegnanie kolejnym uczestnikom spotkania.

    - ... i pozdrów Julię, ostatnio widziałem ją w fitness klubie, kobieta ma kondycję! - Jarek uśmiechnął się i mrugnął okiem do Andrzeja.

Jadąc tramwajem do pracy Dorota uświadomiła sobie nagle, że całkowicie zapomniała wczoraj o kolacji u Maćka. Pośpiesznie wysłała mu SMSa, w którym przeprosiła go i wyjaśniła, że jej kolega z pracy został zwolniony i musiała go jakoś pocieszyć. Maciek nie odpowiedział. Przez cały dzień w pracy dzwoniła do niego na zmianę ze swojej komórki i ze swojego służbowego telefonu stacjonarnego - on nie odbierał. Wróciła do domu z dziwnym uczuciem, że coś jest nie w porządku i że musi to jak najszybciej wyjaśnić. Wtedy właśnie przyszedł SMS od Maćka o treści:

„Przestań już dzwonić do mnie! Wczoraj najwyraźniej ktoś inny był dla ciebie tak ważny, że nawet nie raczyłaś mnie uprzedzić, że nie przyjdziesz. Kumpel zalatwia mi prace w Irlandii. Wyjeżdżam z tego popierdolonego kraju. Bywaj! Maciek"

Dorota była w szoku. Usiadła na swoim łóżku, czytała tą wiadomość kilka razy, ale cały czas nie potrafiła zrozumieć, co takiego się wydarzyło od wczoraj, ze Maciek napisał jej coś takiego. Uznała, że musi natychmiast wyjaśnić całą tą sytuację. Była 19:35, a o tej godzinie Maciek był już zawsze w domu. Dorota poprosiła więc ojca, by pożyczył jej samochód. Była na tyle stanowcza, że ojciec spojrzał na nią lekko zaskoczony i bez słowa podał jej kluczyki do swojej Hondy. Kilka minut później Dorota wyruszyła samochodem rodziców w kierunku Widzewa.  Jechała dość szybko, a w głowie krążyły jej różne scenariusze spotkania z Maćkiem. Właśnie układała sobie w myślach, to co mu powie, jak otworzy jej drzwi, gdy nagle zupełnie znikąd na jezdnie wbiegł jakiś facet z czerwoną reklamówką Media Markt w ręku. Dorota w panice wcisnęła z całej siły hamulec, który wydał z siebie przeraźliwy pisk, a samochód aż podskoczył, ale nie zdołał wystarczająco zahamować i wpadł w mężczyznę, który w ostatniej chwili odwrócił się jeszcze w stronę Doroty, jakby zdziwiony tym, co było już nieuniknione. Na jego twarzy malował się jakiś dziwny wyraz, jakby nie wiedział co go zaraz spotka. Dorota miała wrażenie, że samochód nigdy się nie zatrzyma. Czuła ten moment gdy uderzyła w mężczyznę i pchnęła go z impetem, tak że przeleciał nad jej samochodem i upadł z dziwnym przytłumionym łoskotem gdzieś z tyłu za nią. W końcu udało jej się wyhamować. Wokół jakby nagle zapanowała głucha cisza. Dorota wybiegła z samochodu i stanęła w bezruchu - mężczyzna leżał twarzą do jezdni jakieś trzy metry za jej samochodem. Jego prawa ręka była dziwnie zawinięta gdzieś pod nim, a spod ciała wypływała cieniutka struga krwi, która toczyła się powoli w dół pochyłości asfaltu jezdni aż do pobocza.

    - Boże, nie! Zabiłam człowieka! - Dorota opadła bezsilnie na kolana i nie była w stanie powstrzymać łkania, które przerywały tylko z trudem łapane oddechy.  Czas jakby stanął w miejscu i zupełnie straciła poczucie tego, co się działo wokół niej. Jakieś samochody zatrzymały się obok, jacyś ludzie otoczyli miejsce wypadku. Jakiś mężczyzna koło czterdziestki podbiegł do niej i głaskał ją po plecach, próbując uspokoić.

    - Niech się pani nie przejmuję, widziałem całą sytuację, jechałem tuż za panią... To jakiś zwykły żul, wybiegł na jezdnię niewiadomo skąd, a przecież tuż obok jest przejście podziemne!  

Ktoś podbiegł do mężczyzny leżącego w kałuży krwi i zaczął sprawdzać mu tętno.

Ktoś inny dzwonił już po karetkę.

    - On żyje! Proszę nie panikować, nikogo pani jeszcze nie zabiła! Spokojnie, za chwilę powinna tu być karetka...

Mężczyzna, który jak się wydawało Dorocie nie żył, zaczął chrząkać i jęczeć.

    - To jakiś miejscowy pijaczyna, cuchnie od niego wódą! Niech pani zobaczy, co on miał w tej reklamówce... sam czysty bimber! Biegł z tym pewnie z jakiejś meliny.

Dorota obserwowała to, co się działo wokół niej tak, jakby była otoczona jakaś grubą przezroczystą ścianą, odgłosy były przytłumione, a obrazy lekko zamazane. Podniosła się i podeszła do swojego samochodu usiadła i odnalazła swoją torebkę. Wyciągnęła z niej po omacku swój telefon komórkowy i instynktownie zadzwoniła na ostatni wybierany numer. Po kilku sygnałach usłyszała zdenerwowany i niemiły głos Maćka.

    - No cześć! Przecież napisałem ci, żebyś już dała mi spokój...

    - Maciek?... Maciek, ja... miałam wypadek... Jechałam do ciebie, bo chciałam ci wszystko wyjaśnić... i ten człowiek wybiegł mi prosto pod koła, nie wiem skąd on się tam wziął, nie widziałam go, naprawdę go nie widziałam!

    - Prowadziłaś?   

    - Ojciec pożyczył mi swój samochód...

    - Gdzie to się stało?

    - Jestem gdzieś na Piłsudskiego, chyba na wysokości Niciarnianej... Przyjedziesz? Proszę... przyjedź, nie wiem co robić!

Po drugiej stronie zapanowała nerwowa cisza. Dorota głośno przełknęła ślinę, która z nerwów zebrała jej się w ustach.

    - Okay, zaraz tam będę - Maciek coś wymamrotał i rozłączył się.

Ledwo zakończyła rozmowę z Maćkiem, gdy podszedł do niej policjant i poprosił, żeby podeszła z nim do radiowozu. Spisał jej dane z dowodu osobistego i prawa jazdy. Później zadawał jakieś pytania o przebieg wypadku, a ona zdawkowo odpowiadała. W końcu zapytał czy podda się badaniu alkomatem. Dorota zgodziła się, a badanie nie wykazało u niej żadnego alkoholu. Tymczasem karetka odjechała na sygnale z potrąconym mężczyzną. Policjant powiedział jej tylko, że mężczyzna miał otwarte złamanie prawej ręki i najprawdopodobniej wstrząs mózgu. Był jednak przytomny, a badanie alkomatem wykazało u niego półtora promila alkoholu w wydychanym powietrzu.

    - Jak wygląda sytuacja? - Na dźwięk znajomego głosu Dorota uniosła głowę i zobaczyła Maćka, który szedł w jej kierunku .

    - Nie wiem, nie mogę uwierzyć, że to mi się przydarzyło... - Dorota mimowolnie wstała i łapczywie wtuliła się w Maćka, który początkowo starał się zachować pewien dystans, ale po chwili poddał się i przycisnął ją mocno do siebie.

    - Policja już cię przesłuchiwała?

    - Tak, powiedzieli, że to chyba była wina tego faceta, był pijany... - Dorota przybliżyła usta do ucha Maćka i ściszyła głos do szeptu - Ale nie wiem, czy nie przekroczyłam dozwolonej tutaj prędkości, badają to, ale wydaje mi się, że chyba jechałam powyżej 60 km/h.

Bartek był zmęczony. Musiał dziś pracować dłużej niż zwykle. Koleżanka z pracy, która miała przyjść rano poprosiła o zwolnienie ze względu na chorobę dziecka. Szefowa zadzwoniła więc oczywiście do Bartka i wymogła na nim by przyszedł dziś wcześniej na zastępstwo. Myjąc ręce na zapleczu salonu fryzjerskiego „Grace",  Bartek myślał tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkanku, położyć się na łóżku i poleżeć nic nie robiąc przez jakaś godzinkę lub dwie. Wyszedł z salonu i ruszył prosto w kierunku wyjścia z Galerii Łódzkiej, gdy nagle usłyszał, że ktoś woła jego imię. Odwrócił się i ku swojemu zaskoczeniu i ogromnej radości zobaczył Kubę, który siedział sobie, jak gdyby nigdy nic, na tej samej ławce naprzeciwko salonu, na której zwykł czasem czekać na niego. Bartek zawrócił, podszedł do Kuby i usiadł obok niego.

    - Hej... - Kuba zaczął nieśmiało - Myślałem już, że celowo mnie zignorowałeś i udałeś, że mnie nie widzisz...

    - Miałem ciężki dzień, po prostu cię nie zauważyłem - Bartek zamilkł na chwilę - Nie byłem pewien, czy jeszcze kiedyś cię tu zobaczę... czekającego tak na mnie...

    - No co ty głuptasie! - Kuba klepnął Bartka po udzie - ... wiem, głupio się zachowywałem, przepraszam.

Bartek odetchnął głęboko i spojrzał w dal.

    - OK, może to ja niepotrzebnie pośpieszyłem się wtedy z tą propozycją zamieszkania razem! Ale przecież mogłeś mi po prostu powiedzieć, że nie jesteś na to gotowy.

    - Widzisz, to nie tak, że nie chce z tobą zamieszkać... po prostu boję się różnych konsekwencji tego... Jestem zwykłym tchórzem, przyznaję się.

Bartek popatrzył poważnie na Kubę, ale po chwili roześmiał się.

    - Chodź, tchórzu! - Bartek wstał z ławki - Jak podwieziesz mnie do domu, to może zaproszę cię na lody!

12:20, peter_hoffman
Link Komentarze (40) »
środa, 18 kwietnia 2007
Jeden dzień z życia Doroty W. - c.d.
Gdy skończyła pogawędkę z Moniką. Wyszła na korytarz. Wyciągnęła z kieszeni swoją komórkę. Przez chwilę zastanawiała się czy Filip nadal ma swój służbowy telefon, ale uznała, że pewnie jeszcze nie zdążyli mu go odebrać. Wyszukała jego numer i zadzwoniła. Długo czekała zanim w końcu usłyszała w słuchawce znajomy głos Filipa.

    - Tak, słucham?

    - Filip? Tu Dorota z tej strony. Dzwonię bo...

    - Pewnie już wiesz? Aleksandra na pewno zdążyła wysłać tego swojego maila o „zmianach w organizacji"?

    - Tak - Dorota zaśmiała się niechcący -  Ona chyba ma te maile o zmianach w organizacji napisane przynajmniej z tygodniowym wyprzedzeniem! Jest w tym perfekcyjna aż do bólu... Słuchaj, rozmawiałam z Moniką Majkowską z HR powiedziała mi, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło...

    - Szczerze, to nawet nie wiem, czy chcę wiedzieć! - Oboje zamilkli na dłuższą chwilę, po czym Filip przerwał ciszę - Całą noc nie spałem. Dopiero teraz czuję, jaki jestem wypalony... Tyle siebie oddałem tej firmie, rozumiesz?

    - Oczywiście, że rozumiem!... Posłuchaj, spotkajmy się o 18:30 w Łodzi Kaliskiej! Pogadamy. Postawię ci piwo, a nawet trzy piwa... ile będzie trzeba, żebyś trochę wyluzował. Nie możesz teraz dać się zwariować!

Dzień mijał nadspodziewanie szybko. Nawet ta katorga, jaką zawsze był SSM trwała dziś wyjątkowo tylko cztery godziny. Massimo oficjalnie namaścił Łukasza Grajewskiego na nowego szefa sprzedaży i paternalistycznie poklepał go po plecach przed wszystkimi zgromadzonymi szychami z różnych działów firmy. 

    - Bravo Luca, bravo! - Massimo oznajmił podniesionym głosem, gdy Aleksandra Rzemień oficjalnie obwieściła wszystkim tym, którzy jeszcze nie odczytali jej e-maila, że Łukasz awansował na stanowisko dyrektora sprzedaży. Łukasz z lekką tremą rozpoczął swoją debiutancką prezentację w nowej roli, ale dość szybko nabrał tej swojej wrodzonej pewności siebie.  Dorota z rosnącym niesmakiem obserwowała, jak Łukasz w tym swoim modnym garniturku z ostatniej letniej kolekcji Vistuli i czarnych lakierkach ze spiczastymi czubami, w najlepsze prezentował wyniki sprzedaży za poprzedni miesiąc, tak jakby były już one jego zasługą. Nigdy za nim nie przepadała, ale teraz nie mogła go ścierpieć. Był tego rodzaju kolesiem, który najlepszemu przyjacielowi wbiłby nóż w plecy, żeby tylko coś osiągnąć dla siebie. Można się było spodziewać, że właśnie on będzie w tej firmie szybko awansował, mimo że w dziale sprzedaży było wielu bardziej doświadczonych handlowców, których wyniki nie ustępowały rezultatom osiąganym przez Łukasza.

Prosto z pracy Dorota pojechała do domu. Szybko przebrała się w swoje ulubione jeansy z New Yorkera oraz dopasowany podkoszulek z Benettona i pojechała do pubu Łódź Kaliska na Piotrkowskiej.  Gdy weszła do środka, Filip siedział już przy barze i popijał dużego Żywca. Ubrany był nieco niedbale w stare, sprane jeansy i luźną zielonkawą bluzę marki Cropp Town.

    - O cześć! ... Czego się napijesz? - Zapytał gdy Dorota podeszła do niego, położyła mu rękę na ramieniu i pocałowała w policzek na powitanie.

    - Dla mnie Warka Strong!... Ale to ja miałam stawiać, pamiętasz? - Dorota usiadła na wysokim stołku barowym obok Filipa i przyglądała mu się badawczo.

    - Spokojnie, przyjdzie jeszcze czas na ciebie!

Przenieśli się ze swoimi piwami na przytulną czerwoną sofę w zacisznym kącie knajpy. Długo rozmawiali. Dorota opowiedziała mu, czego się dowiedziała od Moniki z HR. Szybko opróżniali kolejne kufle piwa. W pewnym momencie przypomnieli sobie, jak kiedyś z nudów zabawiali się w robienie głupich żartów telefonicznych dzwoniąc z zastrzeżonego numeru do różnych osób z firmy.  Filip wyciągnął z kieszeni swoją komórkę.

    - Więc mówisz, że ten dupek Grajewski zajął moje miejsce? - Zaczął wciskać jakieś klawisze w swojej komórce.

    - Co robisz?

    - Zastrzegam numer. Zadzwonię do Łukasza i umilę mu ten wyjątkowy dla niego dzień... Albo nie, lepiej ty do niego zadzwonisz! Mam genialny pomysł!

    - Ja? Ale dlaczego ja?

    - Odegrasz rolę jego kochanki i zagrozisz, że masz zamiar powiedzieć wszystko jego żonie o waszym romansie jeżeli.... jeżeli nie kupi ci nowiutkiej Toyoty Aigo!

    - Ty coś wiesz? On ma kogoś na boku? - Filip zrobił tylko niewinną minę i podał Dorocie swoją komórkę - To szatański pomysł!

Dorota roześmiała się i wybrała numer do Łukasza Grajewskiego, a następnie przełączyła telefon na opcję głośnomówiącą, by Filip mógł słyszeć przebieg rozmowy.

    - Łukasz Grajewski, słucham?

    - Cześć kochanie, to ja! Kiedy do mnie przyjedziesz? - Dorota zmieniła swój głos na niski i zalotny.

    - Ale z kim rozmawiam?

    - Misiu, no co ty! Nie poznajesz mnie? Jak możesz.... A ja chciałam z tobą poważnie porozmawiać o naszym związku!

    - O jakim związku?

    - No przecież zawsze mi w łóżku powtarzasz, że mnie bardzo kochasz!... Myślę, że nadszedł już czas, żeby twoja żona się również dowiedziała o naszej miłości! Nie powinieneś jej dłużej oszukiwać!

    - Jutyna, uspokój się! Od mojej żony trzymaj się z daleka! - Łukasz nerwowo podniósł głos - Chyba to już kiedyś ustaliliśmy?

    - Ale Łukaszku, przecież jak urodzę ci dzidziusia, to chyba nie pozwolisz, żeby wychowywał się bez ojca?

    - Co ty kurwa bredzisz? Przecież zawsze jebałem cię w dupę!  Wypiłaś chyba za dużo wódki i jakieś głupie żarty przychodzą ci do głowy!

    - Misiu, ale ja pytałam poważnie!

    - Słuchaj, ja jestem dziś w Łodzi. Jutro wracam do Poznania to wpadnę do ciebie i pogadamy, dobrze?

    - Misiu, ale kupisz mi tą Toyotę Aigo?

    - Jaką znowu Toyotę? Oszalałaś? Pogadamy jutro! Lepiej idź już spać.

Łukasz przerwał połączenie, a Filip wreszcie mógł wybuchnąć długo powstrzymywanym śmiechem.

    - Byłaś rewelacyjna! Niezła z ciebie aktorka!

    - Kurde, on się chyba dał nabrać... Nie sądziłam, że zdradza tą swoją ładną żonę. Poznałam ją chyba na tej firmowej imprezie wigilijnej. Taka sympatyczna i inteligentna dziewczyna!

Później wkręcili jeszcze telefonicznie Aleksandrę Rzemień. Filip zadzwonił do niej i powiedział, że pracuje jako headhunter na zlecenie dużej międzynarodowej korporacji, która poszukuje najlepszego na rynku Managera Zasobów Ludzkich. Aleksandra początkowo twierdziła, że nie jest zainteresowana, ale gdy mimochodem wyjawił, że jej pensja wynosiłaby 15.000 zł brutto, zmieniła zdanie. Poprosił ją więc, żeby dla formalności przesłała swoje CV i podał jej adres e-mailowy do jej szefa - Massimo Ferro. Gdy Aleksandra zdała sobie sprawę, że dała się podpuścić, Filip wyłączył komórkę. Dorota przeprosiła Filipa i poszła do toalety. Na stole pozostała jej komórka, która zaczęła dzwonić. Dzwonek był tak drażniący, że Filip instynktownie odebrał.

    - Tak, słucham? - Filip pomimo, że zdążył już wlać w siebie trzy duże piwa, wyczuł, że jego głos wywołał lekką konsternację u dzwoniącego.

    - Eh hm, czy dodzwoniłem się do Doroty Wolskiej? - Maciek, który ugotował już swoje popisowe spaghetti alla carbonara zaczął podejrzewać, że Dorota jakimś cudem zapomniała o ich dzisiejszym spotkaniu i postanowił się jej przypomnieć.

    - Tak, ale Dorota właśnie poszła zrobić siusiu - Filip wypalił szczerze i bez zastanowienia - Mam coś przekazać?

    - Nie, dzięki. Chyba nie ma sensu.

02:00, peter_hoffman
Link Komentarze (34) »
Rodział 48 Jeden dzień z życia Doroty W.
 

Wstała dwadzieścia po siódmej. Głowę rozsadzał jej tępy ból. Strasznie chciało jej się pić, a jednocześnie miała mdłości. Po omacku podreptała do kuchni i nalała do szklanki wody mineralnej, którą wypiła jednym haustem. W szufladzie odnalazła aspirynę. Połknęła dwie tabletki popijając drugą szklanką wody. Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć ile w końcu wypiła wczoraj tych zdradliwych drinków u Bartka, ale po chwili dała za wygraną. Pamiętała tylko, że było grubo po północy gdy Bartek zadzwonił po taksówkę dla niej. Nagle jej wzrok zatrzymał się na dużym kuchennym zegarze - w jednej chwili uświadomiła sobie, że jest pół do ósmej - miała więc tylko godzinę na prysznic, makijaż, wysuszenie włosów i zjedzenie szybkiego śniadania, zanim będzie musiała wyjść do pracy. Pobiegła do łazienki i wskoczyła do kabiny prysznicowej. Odkręciła gorącą wodę, sięgnęła po swój żel pod prysznic o intensywnym zapachu świeżych brzoskwiń, wycisnęła sporą jego ilość na rękę i już po chwili kolistymi ruchami rozprowadziła go po całym swoim ciele. Gdy masowała dłońmi swoje podbrzusze z niesmakiem wyczuła wyraźną fałdkę tłuszczu. - Niech to! Będę musiała dać sobie wycisk w Sporterze w tym tygodniu - pomyślała, ale już po chwili przez głowę przeszła jej inna myśl. - Czyżby Edyta nie wróciła na noc? O tej porze zawsze toczyła przecież zażarte walki o łazienkę ze swoją młodszą siostrą, a dziś rano nie było nawet śladu po Edycie.  Owinięta w kusy ręcznik wychyliła się z łazienki i zostawiając na kafelkach mokre ślady swoich stóp pobiegła przez przedpokój, delikatnie nacisnęła klamkę u drzwi i zajrzała do pokoju Edyty. Pokój był pusty. - Ciekawe gdzie ona się podziewa o tej porze - pomyślała i udała się do swojego pokoju. Założyła świeżą bielizną. Zapięła biustonosz typu „push-up" i przyglądając się sobie w lustrze pomyślała - Niech Bóg błogosławi tego, kto wynalazł te biustonosze! Otworzyła szafę i po chwili namysłu wybrała proste czarne spodnie w delikatne jaśniejsze prążki, a do tego jedwabną liliową bluzkę. Szybko założyła swoje ulubione srebrne kolczyki. Poszła do kuchni, wyciągnęła wiśniowy jogurt z lodówki. Spojrzała ponownie na kuchenny zegar i oceniła, że raczej nie starczy jej już czasu na zaparzenie kawy. Szybko wypiła jogurt i wyszła z domu. Pomimo, że lekko podbiegała idąc na przystanek, uciekł jej tramwaj, który zwykle zabierał ją do pracy. Następny przyjechał po 14 minutach. Gdy w połowie drogi do pracy udało jej się w końcu dorwać wolny fotel, usłyszała dźwięk swojej komórki. Odebrała SMSa od Maćka: „Hej Kochanie! Wpadniesz dziś do mnie po pracy? Zrobię spaghetti J Maciek". Ucieszona odpisała mu, że oczywiście chętnie przyjedzie do niego prosto z pracy.

Dorota Wolska dotarła do biura lekko spóźniona. Była dokładnie 9:13 gdy przesuwała swoją identyfikacyjną kartę magnetyczną przez czytnik przy recepcji. Miała nadzieje, że jej szef Massimo Ferro również tradycyjnie spóźni się o kwadrans. Gdy szła korytarzem na drugim piętrze w kierunku swojego biurka jej uwagę przykuli pracownicy działu marketingu i sprzedaży, którzy wyraźnie byli czymś zaaferowani - stali w grupce przy oknie i szeptali konspiracyjnie. Nie zwrócili nawet na nią uwagi, gdy powiedział im „dzień dobry". Dorota minęła gabinet Filipa Bieleckiego i ze zdziwieniem stwierdziła, że był pusty. W dniu, w którym odbywało się spotkanie SSM Filip był zwykle w biurze już około ósmej i szlifował jeszcze swoją prezentację. - Może on się zakochał - przypomniało jej się, jak wczoraj podejrzanie wcześnie Filip chciał urwać się z pracy i uśmiechnęła się na samą myśl o tym. Usiadła za swoim biurkiem, uruchomiła komputer. Ten gruchot jak zwykle otwierał się  tak wolno, że w międzyczasie zdążyła przekartkować całą Gazetę Wyborczą. Gdy w końcu komputer był gotowy do pracy, jej komórka znów wydała z siebie sygnał nadejścia SMSa. Dorota najpierw kliknęła na swoją firmową pocztę e-mail i zaczęła ściągać nowe wiadomości, a następnie zabrała się za odczytanie SMSa, który tym razem był od Bartka: „Cześć Dorota! Jak się czujesz? Mam nadzieję, że nie masz dużego kaca ;-) Jeszcze raz dzięki za miłe spotkanie i mam nadzieje, że uda Ci się wybadać, co planuje Kuba. Naprawdę liczę na Ciebie! Buziaki! Bartek". Dorota skojarzyła teraz, że obiecała coś wczoraj Bartkowi. - Cholera! Będę chyba musiała zrobić coś w tej sprawie. Spojrzała na ekran monitora, a jej uwagę przykuł e-mail od Aleksandry Rzemień, wysłany jeszcze wczoraj o godzinie 20:17 i opatrzony charakterystycznym tytułem „Zmiany w organizacji" - natychmiast go otworzyła i z otwartymi ze zdziwienia ustami przeczytała następującą treść:

Kochani!

Pragnę Was poinformować o zmianach, jakie zaszły w strukturze Działu Sprzedaży. Z dniem 31 maja Filip Bielecki zakończył pracę na stanowisku Dyrektora Sprzedaży w naszej firmie. Filip będzie kontynuował swoją karierę zawodową poza naszą organizacją  - życzymy mu powodzenia!

Z dniem 1 czerwca na stanowisko Dyrektora Sprzedaży promowany został Łukasz Grajewski. Łukasz swoją karierę w naszej organizacji rozpoczął 3 lata temu od stanowiska promotora sprzedaży. Dość szybko awansował na pozycję Area Managera odpowiedzialnego za region Wielkopolski. Łukasz ma 30 lat, jest absolwentem Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, ma żonę i 2-letnią córeczkę Kasię.

Łukasz! Gratulujemy awansu i życzymy samych sukcesów!

 

Aleksandra Rzemień

HR Manager

Gdy Dorota przeczytała tego e-maila trzeci raz wreszcie do niej dotarło, co się stało. Podniosła wzrok ponad monitor i napotkała spojrzenie Kamili Balcerek, której biurko znajdowało się naprzeciwko. Kamila pokręciła głową z niedowierzaniem i wystukała coś na klawiaturze. Na monitorze Doroty pojawiło się okienko Gadu-Gadu informujące, że Kamila wysłała jej wiadomość. Dorota otworzyła okienko rozmowy GG:

KAMILA:  Po twojej minie wnioskuje, że przeczytałaś już maila od Rzemieniowej?

DOROTA:   Tak! Czy to jakiś żart? Nie mogli przecież wyrzucić Filipa!!!

KAMILA:   Chyba jednak to zrobili. Nie ma go w pracy, a jak przyjechałam do biura, to widziałam Łukasza Grajewskiego, jak wchodził cały rozpromieniony do gabinetu Rzemieniowej.

DOROTA:  Kurde, ale przecież to dzięki Filipowi pobiliśmy wszystkie rekordy sprzedaży! To dzięki niemu staliśmy się firmą nr 2 na rynku polskim! Nic z tego nie rozumiem.

KAMILA:  Może wyciągniemy coś od Moniki z HR podczas lunchu? Ona na pewno będzie wiedziała o co naprawdę chodzi!

DOROTA:  Nie mogę z tym czekać aż do lunchu. Pójdę teraz do HR zapytać ile mi zostało dni urlopu i może przy okazji czegoś się dowiem ;-)

Dorota wstała i szybkim krokiem udała się do windy. Zjechała na pierwsze piętro gdzie znajdowało się biuro HR. Minęła gabinet Aleksandry Rzemień i weszła, do pokoju, w którym siedziały cztery podwładne Aleksandry. Podeszła prosto do Moniki, starszej specjalistki ds. HR, dziewczyny, która najdłużej zdołała wytrzymać w dziale HR, choć skrycie nienawidziła swojej szefowej.

    - Cześć Monika, słuchaj, mogłabyś w wolnej chwili sprawdzić ile zostało mi dni urlopu w tym roku?

    - Urlopami zajmuje się Patrycja. Ale poproszę, żeby wysłała ci mailem taką informacje. - Monika przyjrzała się Dorocie uważnie i po chwili mrugnęła do niej okiem - Nie piłam jeszcze dziś mojej porannej kawy. Może napijesz się ze mną?

    - Z chęcią! Ja też trochę dziś zaspałam i nie zdążyłam nawet w domu wypić nic ciepłego! - Dorota uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo. Monika wstała szybko zza swojego biurka i razem udały się do małej kuchni na 1. piętrze, która ku ich radości okazała się być chwilowo pusta. Gdy weszły Monika zamknęła drzwi od wewnątrz. Wyciągnęła z szafki specjalną pastylkę z kawą i umieściła ją w ekspresie, ustawiła dwie małe filiżanki do espresso i wcisnęła odpowiedni przycisk. Ekspres zaczął warczeć i po chwili ciurkiem popłynął do filiżanek czarny jak smoła płyn, którego aromatyczny zapach wypełnił małe pomieszczenie kuchni.

    - No dobra Monika, mów, co wiesz o tej sprawie z Filipem!

    - To typowa zagrywka z repertuaru Aleksandry. Parę razy już ją stosowała, ale przypadek Filipa jest najbardziej spektakularny, bo dotyczy dyrektora sprzedaży, który odnosił takie sukcesy!

    - Możesz mówić jaśniej?

    - Z tego, co wiem, Massimo doszedł do wniosku, że w dziale sprzedaży potrzebny jest dodatkowy przedstawiciel handlowy, ale na ten rok budżet na pensje działu sprzedaży jest już zamknięty i nasza centrala w Mediolanie nie zezwoliła na jego powiększenie.

    - Nadal niewiele z tego nie rozumiem!

    - Filip został ściągnięty do Łodzi z Warszawy. Nie powinnam tego mówić, ale jesteś przecież jego przyjaciółką... On miał warszawską pensję - z bonusami dostawał prawie trzy razy więcej niż przeciętny przedstawiciel handlowy u nas. A Łukasz, nasz nowy dyrektor sprzedaży, dostał tylko niewielką podwyżkę. Będzie zarabiał o połowę mniej niż Filip, a zaoszczędzone pieniądze Massimo i Aleksandra mogą przeznaczyć na stworzenie nowego etatu przedstawiciela handlowego! Genialne rozwiązanie, prawda?

    - Kurwa! Gdzie ja pracuje? - Dorota pokręciła głową z niedowierzaniem i wypiła swoje espresso do dna.

01:59, peter_hoffman
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 26 marca 2007
Rozdział 47 Wątpliwości
 

Dorota siedziała na wygodnej niebieskiej sofie w mieszkaniu Bartka i popijała orzeźwiającego drinka z dużą ilością lodu.

    - Więc mówisz, że zaproponowałeś mu, żebyście zamieszkali razem, a on teraz milczy? - Dorota poprawiła mimochodem swój nowiutki biustonosz typu „push-up", który czynił jej piersi jeszcze bardziej wydatnymi i kuszącymi.

    - Wcześniej Kuba każdego dnia dzwonił do mnie lub przynajmniej SMSował, a teraz minęły już trzy dni, a on milczy! - Bartek chodził z białą konewką po salonie i podlewał kolejne doniczki z roślinami.

    - A dlaczego ty do niego nie zadzwonisz?

    - Już dzwoniłem chyba z pięć razy w poniedziałek, ale nie odbierał. Mój numer mu się przecież wyświetlił, więc dobrze wie, że dzwoniłem. Kiedyś zawsze oddzwaniał w takich sytuacjach. Nie wiem, co mogę więcej zrobić!

    - Może on po prostu potrzebuje trochę czasu, żeby w spokoju i bez żadnych nacisków przemyśleć twoją propozycję?

    - Okay, ale mógłby mi to chociaż powiedzieć! Zrozumiałbym... Tylko że on zachowuje się jak dziecko... Przecież równie dobrze mogło mu się coś stać, skąd ja mogę to wiedzieć!?

    - Masz rację! Kuba zachowuje się beznadziejnie... Na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że kiedyś zachował się bardzo podobnie wobec mnie - Dorota nieco za późno ugryzła się w język. Alkohol, który Bartek zdążył w nią wlać pod postacią kolorowych, orzeźwiających drinków osłabił jej koncentrację.

    - Podobnie? - Bartek zaciekawiony przysiadł obok Doroty na sofie, odstawił konewkę na podłogę i wlepił w nią swoje piwne oczy - Opowiesz mi o tym? - Dorota szybko musiała obmyślić jakiś sposób, by wybrnąć z tej opresji.

    - No może nie tak do końca podobnie. Powiedzmy, że coś mi obiecał, a gdy okazało się, że nie może spełnić obietnicy, to zamiast mi to szczerze powiedzieć, to on po prostu przestał się do mnie odzywać, nie odbierał telefonów...

Bartek zamyślił się na dłuższą chwilę.

    - Z tego, co mówisz, to jego milczenie oznaczać może tylko jedno - po prostu nie chce ze mną zamieszkać!  Właściwie, to nie wiem czemu wpadłem na ten głupi pomysł, żeby mu to proponować!... Jak zwykle musiałem wszystko zepsuć, a było już tak dobrze! - Bartek wstał i podszedł do okna. Uchylił je szerzej i wyjrzał na zewnątrz.  Nie chciał by Dorota widziała, jak bardzo był zdenerwowany, ale ona doskonale to wyczuwała, nawet bez obserwowanie wyrazu jego twarzy.

    - Słuchaj, może wcale niczego jeszcze nie zepsułeś! Nie ma sensu zamartwiać się zawczasu.

Bartek nagle odwrócił się i spojrzał na Dorotę z nadzieją.

    - Dorota, czy mógłbym cię o coś poprosić? - Wrócił na sofę i przysiadł blisko Doroty - Czy mogłabyś z nim pogadać i jakoś wybadać, co się dzieje, czy jest na mnie zły, co teraz zamierza?

    - No nie wiem, mogę spróbować, ale niczego nie obiecuję! Kuba ostatnio rzadko mi się zwierza z czegokolwiek!

    - Spróbuj, proszę! Jesteś jedyną osobą, którą mogę o to prosić! Nie znam żadnych innych jego znajomych... Kuba mnie z nikim nie poznał. Trzymał mnie cały czas w ukryciu przed swoimi przyjaciółmi.

Dorota poczuła, ze niechcący dała się w coś wpakować, tylko jeszcze do końca nie wiedziała w co.

Tymczasem w innej części miasta, w studio Andrzeja Romanowskiego unosiła się lekka woń marihuany. Andrzej i Edyta leżeli na rozłożonej kanapie, w tle rozbrzmiewała piosenka Lenny Kravitza  „I belong to you".

       ... I belong to you  

And you

You belong to me too

You make my life complete

You make me feel so sweet

You make me feel so divine

Your soul and mine are entwined

Before you I was blind

But since I've opened my eyes

And with you there's no disguise

So I could open up my mind...

Palili blanta, który wędrował z ręki do ręki.

    - Ciekawe jakby to było teraz... - Edyta odważnie położyła rękę na kroczu Andrzeja.

    - Prowokujesz mnie czy mi się zdaje? - Andrzej rozbawiony wypuścił ustami smugę dymu i podał skręta Edycie zerkając na nią.

    - Ja? No co ty!

    - A już myślałem, że masz ochotę...

Edyta podniosła się i usiadła okrakiem na Andrzeju.

    - Mam, ale może na coś zupełnie innego... Wiesz, taka mała zamiana ról...

    - Co takiego? - Andrzej nieco zaskoczony pośpiesznie zgasił w popielniczce końcówkę blanta - Jaka znowu zamiana ról?

Zanim zdążył zaprotestować, Edyta zarzuciła sobie jego nogi na ramiona, pochyliła się nad nim i pocałowała go przelotnie w usta.

    - Ale masz teraz minę! - Edyta zachichotała - Jak taka niewinna dziewczynka przed swoim pierwszym razem.

Edyta zaczęła mu rozpinać koszulę - powoli, guzik po guziku. Ściągnęła ją z niego i rzuciła na podłogę. Andrzej z udawaną pruderią zaczął zasłaniać rękoma swoje piersi. Edyta wykorzystała sytuację i zaczęła rozpinać mu spodnie - najpierw rozpięła pasek, a później kolejne guziki rozporka. Luźne bojówki Andrzeja łatwo udało się jej zsunąć do połowy jego ud. Andrzej jedną ręką zasłaniał sobie piersi, a drugą usiłował przeszkodzić Edycie w pozbawieniu go także szortów. Edyta sięgnęła po aparat fotograficzny leżący na stoliku obok kanapy. Andrzej próbował jeszcze podciągnąć spodnie, ale kolano Edyty przycisnęło je na wysokości jego kolan. Włączyła aparat i wybrała funkcję kamery.

    - No pokaż misiu trochę ciała! - Edyta sfilmowała na zbliżeniu twarz Andrzeja, a następnie pojechała niżej po jego torsie aż po wyraźną wypukłość jego szortów i odsłonięte uda.

    - Ile?... Tyle? - Andrzej rozbawiony sytuacją zdjął ręce, którymi zasłaniał swoje piersi - Czy może jeszcze więcej?

    - No więcej! Nie bądź taki skromny! Pokaż mi wszystkie swoje atuty!

Andrzej powoli zaczął zsuwać swoje szorty. Edyta zeszła z kanapy i śmiejąc się filmowała jego niezdarny strip-tease. Andrzej nakrył się jednak kocem, a po chwili jego ręką wyrzuciła spod koca czarne szorty - ostatnią część garderoby jaką miał jeszcze na sobie.

    - Ej, no chyba nie będziesz się teraz chował pod tym kocem! - Edyta odłożyła aparat na stolik i rzuciła się na kanapę z zamiarem ściągnięcia koca, którym nakrył się Andrzej.

    - Boże, co ta marycha zrobiła z tej grzecznej dziewczynki! - Andrzej powstrzymał zakusy Edyty przyciągając ją do siebie i całując głęboko w usta.

    - To może jeszcze jednego blanta?

    - Aż boję się pomyśleć do czego mogłoby wtedy dojść! - Andrzej wybuchł śmiechem i przewrócił się na brzuch. Edyta wykorzystała okazję i ściągnęła przykrywający go koc, odsłaniając jego nagi jędrny tyłek. Sięgnęła ponownie po aparat i zaczęła robić mu prowokacyjne zdjęcia.

    - No nie! To już jest szczyt wszystkiego... - Andrzej uniósł się na łokciach, ale po chwili opadł bezsilnie. Nie był w stanie się powstrzymać od śmiechu - Natychmiast przestań!

Wtedy rozległ się dźwięk dzwonka jego komórki. Andrzej z trudem zebrał się i wstał. Bez skrępowania podszedł nago do stołu i odebrał telefon. Edyta cyknęła mu jeszcze parę zdjęć gdy szedł nago przez pokój, a potem zajęła się przeglądaniem zarejestrowanego materiału z intymnej sesji zdjęciowej.

    - Tak, słucham?

    - Cześć Andrzej! Tu Jarek Walczak z tej strony! - Jarek siedział w gabinecie swojego szefa - prezesa agencji HollyLodz Krzysztofa Młynarczyka. Obok gospodarza i Jarka w pokoju obecni byli także Kuba Bajerski i Łucja Majer.

    - Jarek! Dawno się nie odzywałeś! Co tam słychać? Wybraliście już te zdjęcia do kampanii dla Browaru?

    - Tak, chcielibyśmy się z tobą spotkać i pogadać o naszej dalszej współpracy przy obsłudze tego i innych naszych klientów w przyszłości.

    - Hmm, to zabrzmiało tak jakoś poważnie i oficjalnie... - Andrzej podszedł do okna i uchylił je szerzej wpuszczając do studia powiew świeżego powietrza.

    - Andrzej, wiesz, że współpracujemy już z tobą jakiś czas, ale nasza agencja rozwinęła się mocno w ciągu ostatniego roku, pozyskaliśmy kilku dużych, wymagających klientów i musimy położyć teraz większy nacisk na jakość ich obsługi oraz efektywność kosztową! - Jarek zerknął na zgromadzonych w gabinecie swoich przyjaciół z agencji, których miny wskazywały, że popierają to, co mówi.

    - Nie zabrzmiało to zbyt optymistycznie? - Andrzej nagle dostrzegł swoja nagość i odszedł od okna.

    - Nie zrozum mnie źle. Nie chcemy zrezygnować z twoich usług, ale musimy przedstawić ci nasze oczekiwania. Mógłbyś wpaść do naszego biura na przykład jutro, tak około 11:00?

    - Dobra, to będę u was o 11 jutro.

Andrzej zakończył rozmowę i zamyślił się. Nagle poczuł dłonie Edyty obejmujące go od tyłu. Jej głowa spoczęła na jego ramieniu.

    - Jakieś problemy?

    - Nie wiem. Mam nadzieje, że nie...

    - A co z Julią? Jakieś postępy? - Edyta w końcu przemogła się, by o to zapytać.

    - Czekam na odpowiedni moment, by wrócić do tematu...

    - Czekasz już chyba dwa tygodnie!

    - Nie jest łatwo porozmawiać z kimś, kto się tego boi i za wszelką cenę unika rozmowy - Andrzej odwrócił się twarzą do Edyty - Zaufaj mi, naprawdę chcę przeprowadzić to w miarę łagodnie dla nas wszystkich.

Łucja Majer weszła do swojego pokoju w agencji HollyŁódź, który dzieliła z Kubą Bajerskim, niosąc na spodku dużą filiżankę cappuccino z puszystą pianką.

    - No ciekawa jestem, czy Andrzej będzie w stanie sprostać oczekiwaniom Jarka...

Spojrzała na Kubę, który martwym wzrokiem wpatrywał się w swój monitor. Na ekranie wyświetlony miał projekt plakatu dla nowej marki piwa, nad którym pracował od rana. Od trzech tygodni oboje intensywnie pracowali nad kampanią wprowadzającą na rynek nową markę, która miała wystartować już za dwa tygodnie.

    - Słuchaj, w ten weekend robimy u mnie małego grilla. Może wpadniesz z tym swoim Bartkiem, co? - Łucja rozsiadła się wygodnie w swoim dużym obrotowym fotelu, nogi oparła o krawędź swojego biurka, które jak zwykle ginęło pod stertą różnych papierów - Chętnie bym go poznała! - Wypiła duży łyk cappuccino.

    - Dzięki za zaproszenie, ale mam już inne plany.

    - No dobra, to może mi wreszcie powiesz, co się dzieje? Od kilku dni chodzisz jakiś zamyślony... i zauważyłam, że nie dzwonisz w ogóle do niego!

    - Jestem w pracy. Prywatne sprawy zostawiam na później!

    - Dobra, dobra mądralo! Ten kit możesz wciskać komuś innemu. Przecież siedzę z tobą w tym pokoju i słyszałam jak codziennie przynajmniej ze dwa razy dziennie z nim gadałeś przez telefon. Co się stało? Jakieś kłopoty w raju?

Kuba spojrzał na Łucję i po chwili zastanowienia odpowiedział.

    - Nie, w zasadzie nie. Po prostu boję się, że to wszystko jest jakąś iluzją. Sam już nie wiem, zawsze marzyłem, żeby się tak całkowicie zaangażować, a teraz gdy wystarczy już tylko zrobić ten jeden ostatni krok, to mam jakieś wątpliwości...

    - To chyba naturalne... Ale postaraj się jednak nie popsuć wszystkiego! Powiedz mu o tym!

17:27, peter_hoffman
Link Komentarze (25) »
wtorek, 06 marca 2007
c.d. Jeden dzień z życia Filipa B.
Tego dnia Filip miał całkiem optymistyczny nastrój. Częściowo był to efekt pięknej letniej pogody, bezchmurnego błękitnego nieba. Wyniki sprzedażowe za miesiąc maj były lepsze od założonego planu o 5,8%. Wprawdzie znów nie udało się osiągnąć zakładanej marży jednostkowej, ale skumulowane przychody ze sprzedaży mieściły się w planie. Dane rynkowe wskazywały, że obie marki należące do firmy delikatnie powiększyły swoje udziały w rynku. Wykresy, które przygotował do swojej comiesięcznej prezentacji na SSM wyglądały naprawdę imponująco. Jedynie ten jeden wykres pokazujący krzywą uzyskanej marży jednostkowej miesiąc po miesiącu  na tle drugiej krzywej obrazującej planowaną marżę psuł mu nieco humor.

W firmie panowała jakaś dziwnie napięta atmosfera. Wczesnym popołudniem do gabinetu Massimo Ferro weszła Aleksandra Rzemień oraz Fabio Simonetti. Zamknęli się tam na kilka godzin. Dorota Wolska, której biurko znajdowało się teraz przed gabinetem Massimo, próbowała wyłowić jakiekolwiek dźwięki dochodzące z gabinetu jej szefa, ale ku jej zaskoczeniu zza zamkniętych drzwi nie dobiegał ten charakterystyczny dźwięk podniesionego głosu Massimo Ferro. To musiało być coś ściśle poufnego skoro jej szef przez kilka godzin ani razu nie krzyknął na swoich podwładnych.

Gdy dochodziła już godzina 17:45 i według oficjalnych godzin pracy pozostał jej zaledwie kwadrans do momentu, gdy będzie mogła wyłączyć swój komputer i zejść z posterunku asystentki Massimo Ferro, Dorota z nudów weszła na stronę z horoskopami, ale nie zdążyła jeszcze dobrze wczytać się w rady dla Koziorożców, gdy odezwała się jej komórka.

    - Tak, słucham?

    - Cześć, tu Bartek! Nie wiem, czy mnie kojarzysz, poznaliśmy się jakieś dwa tygodnie temu w Tesco, jestem chłopakiem Kuby Bajerskiego.

    - No pewnie, że kojarzę! - Dorota ucieszyła się z tego telefonu, bo sama już od kilku dni zbierała się, żeby zadzwonić do Bartka, ale jakoś nie mogła się na to zdecydować - Co tam u Was słychać?

    - W porządku. Słuchaj, chciałbym się z tobą spotkać i pogadać o czymś. Może wpadłabyś do mnie dzisiaj na kawę po pracy?

    - Jasne, czemu nie! - Dorota uznała, że to spotkanie może okazać się jakimś ciekawym urozmaiceniem tego dnia.

Tymczasem Filip postanowił wyjść z pracy o tej godzinie, o której teoretycznie powinien ją zawsze kończyć. Był taki piękny ciepły i słoneczny dzień. Jutro czekała go ta comiesięczna nudna wielogodzinna nasiadówa zwana SSM. Niektórzy bardziej wytrawni znawcy tematu rozszyfrowywali ten skrót jako Sprzedażowy Sado-Masochizm. Filip często się zastanawiał komu tak naprawdę potrzebne były te przeraźliwie długie prezentacje wszystkich product managerów, szefów logistyki, serwisu, dyrektora finansowego i marketingu, no i oczywiście jego prezentacja.  Miał ochotę zaczerpnąć dziś świeżego powietrza, wygrzać się w majowym słońcu na ławce w jakimś parku, zjeść dobrego dużego loda z bitą śmietaną.

Na pięć minut przed osiemnastą zaczął wyłączać swój komputer, a kilka minut po osiemnastej krzyknął „cześć" do Doroty, która rozmawiała z kimś przez telefon. Jej mina wskazywała jednoznacznie, że była wyraźnie zaskoczona faktem, że wychodził z pracy przed nią. To się właściwie nie zdarzało. Czasami gdy ona sama zasiedziała się w biurze do 19:30 przychodziła do niego i błagała, by ją podwiózł do centrum i czasem udawało się jej w ten sprytny sposób wyciągnąć go z biura przed 20:00.

    - Podam Ci adres, to jest ulica Adwentowicza 34 m 48, blok 346 - Bartek podyktował Dorocie swoje namiary.  Dorota zapisała adres, choć właściwie wiedziała doskonale, w którym bloku i w której klatce mieszkał Bartek. Ledwie zdążyła się pożegnać z Bartkiem, gdy z gabinetu wyszedł Massimo i zażądał, by natychmiast odnalazła Filipa Bieleckiego i poprosiła, by pilnie przyszedł ze swoim laptopem do jego gabinetu.

Filip zaledwie zdążył wsiąść do swojego Volvo i uruchomił klimatyzację, gdy odezwała się jego służbowa komórka. Jego ulubiona melodyjka - temat przewodni z filmu „Żądło" - wskazywała, że dzwonił ktoś, kogo lubił. W swoim telefonie poprzydzielał zapisanym w książce telefonicznej osobą trzy rodzaje melodyjek: „Żądło" przysługiwało osobom które lubił, prosty dzwonek firmowy Nokii przypadł osobom neutralnym, które nie wzbudzały w nim żadnych konkretnych odczuć, zaś irytujący swoją napastliwością dzwonek „Crazy Frog" dostali jego wrogowie i osoby, których nie lubił. Spojrzał na wyświetlacz - dzwoniła Dorota Wolska.

    - No co tam Dorota?

    - Słuchaj, przepraszam, że cię zatrzymuję. Chyba pierwszy raz od wieków wyszedłeś tak wcześnie. Pewnie masz jakieś plany na dziś, ale niestety Massimo właśnie wyszedł ze swojego gabinetu i poprosił, abym cię do niego wezwała! To coś bardzo pilnego i chyba nie może czekać do jutra.

    - No trudno, jeszcze nie wyjechałem spod biura. Może to nie potrwa długo i zdołam jeszcze złapać ostatnie promienie słońca?

    - Nie wiem, to wygląda na coś poważnego. W biurze Massimo od dobrych dwóch godzin siedzą Fabio i Rzemieniowa. Massimo prosił też, żebyś wziął ze sobą swój laptop, wspominał że chce zobaczyć jakiś slajd z twojej jutrzejszej prezentacji SSMowej.

    - Hmm, no ciekawe, o co mu chodzi? A może któryś z handlowców złożył wymówienie?... OK, już wchodzę na górę. Będę u ciebie za kilka minut.

Filip zakończył rozmowę. Sięgnął po torbę ze swoim laptopem, którą rzucił wcześniej niedbale na tylne siedzenie. Wysiadł z samochodu i wrócił do biura. Dorota zamykała już swój komputer gdy Filip stanął przed nią i uśmiechnął się łagodnie jak zawsze.

    - No i jestem. Czekają tam na mnie?

    - Tak, cała święta trójca: Massimo, Fabio i Aleksandra. Życzę powodzenia, mam nadzieje, że to nie będą jakieś złe wieści.  Zaczekałabym na ciebie, ale umówiłam się na spotkanie o 18:30. - Dorota sięgnęła po swoją torebkę. 

    - OK. Nie przejmuj się. Jutro jak zwykle wszystko ci opowiem przy naszym porannym espresso przed SSMem!... No dobra, to wchodzę... - Filip stanął przed drzwiami. Dorota podeszła i poklepała go po ramieniu, chcąc dodać mu otuchy, po czym skierowała się do windy.

Filip zapukał i po chwili wszedł do obszernego gabinetu Massimo Ferro. Szef regionu Europy Środkowej siedział w swoim ogromnym czarny fotelu obrotowym, miał małe druciane okularki zsunięte na czubek nosa. Za jego plecami w wielkim oknie rozciągał się widok na industrialną dzielnicę Łodzi usianą halami fabrycznymi. Z boku jego biurka na fotelach siedzieli dyrektor generalny na Polskę Fabio Simonetti oraz dyrektor personalna Aleksandra Rzemień. Massimo krótkim ruchem ręki wskazał mu fotel, na którym miał usiąść. Zwracając się do niego swoją łamaną angielszczyzną z silną włoską intonacją poprosił aby Filip przedstawił mu stan negocjacji z nowymi partnerami handlowymi, następnie zapytał go o jego plan spotkań na najbliższe tygodnie, rezultaty ostatniej promocji dla kupców oraz o jego ocenę sytuacji rynkowej i tym podobne dziwne rzeczy. Wreszcie poprosił, by włączył swój laptop i pokazał wyniki sprzedażowe za ostatni okres. Filip czuł się nieswojo. Massimo nie był jego bezpośrednim przełożonym i dotychczas nie musiał się przed nim spowiadać. Dodatkowo dostrzegł kątem oka, że gdy odpowiadał na pytania Massimo, Fabio pilnie notował wszystko to, co on mówił. Po co Fabio właściwie robił te notatki, skoro Filip codziennie był w biurze i mógł zawsze udzielić mu wyczerpującej odpowiedzi na każde pytanie. Gdy przeglądając prezentację doszli do tego nieszczęsnego slajdu, który pokazywał krzywą uzyskanej średniej marży jednostkowej na tle planowanej marży, Massimo pokiwał zafrasowany głową, wydął wargi z dezaprobatą i skinął porozumiewawczo głową do Aleksandry Rzemień. Szefowa HR wstała podeszła do okna, po czym odwróciła się, przysiadła na parapecie i popatrzyła Filipowi prosto w oczy. W tym czasie Fabio podniósł słuchawkę telefonu znajdującego się na biurku Massimo i wykonał jakiś krótki telefon. Tymczasem  Aleksandra zaczęła mówić spokojnym, zdecydowanym głosem.

    - Filip, organizacja nie jest zadowolona z tych wyników. Od kilku miesięcy nie osiągasz planowanej marży...

    - Ale przecież sprzedajemy cały czas więcej niż planowaliśmy i nadrabiamy w ten sposób niższą marżę...- Filip próbował jej przerwać i wytłumaczyć tą oczywistą zależność. Cofnął prezentację o jeden slajd i pokazał wcześniejszy wykres, na którym wykonanie sprzedaży od początku roku wyraźnie przekraczało założone plany.

    - Filip, proszę nie przerywaj mi teraz! - Aleksandra zmroziła go wzrokiem - A więc jak powiedziałam, nie osiągasz planowanej marży... Organizacja nie może już dłużej tolerować takiej sytuacji. Ponieważ jednak doceniamy wkład, jaki włożyłeś przez ostatnie dwadzieścia miesięcy swojej pracy w rozwój firmy, postanowiliśmy dać ci możliwość honorowego wyjścia z tej trudnej sytuacji...

    - Słucham? O czym ty mówisz? - Filip poczuł jakby ktoś walnął go z całej siły kijem baseballowym w tył głowy.

    - W swoim kontrakcie masz zagwarantowany dwumiesięczny okres wypowiedzenia. Uważamy, ze będzie lepiej dla ciebie, jak i dla naszej organizacji, jeśli oszczędzimy sobie nawzajem tych dwóch miesięcy. Dla twojej przyszłej kariery będzie lepiej jeśli nie rozniesienie się w środowisku informacja, że zostałeś zwolniony za słabe wyniki. My proponujemy, żebyś sam złożył rezygnację z powodów osobistych. Fabio oczywiście przyjmie Twoją rezygnację i zwolni cię z okresu wypowiedzenia. W ten sposób będziesz mógł od razu skupić się na szukaniu nowej pracy. Nikt poza tu obecnymi nie dowie się, jak było naprawdę. Nie będziesz spalony. Uważam, że powinieneś docenić ten nasz ładny gest, którym chcemy zakończyć współpracę z tobą!

    - To jest jakiś żart, tak? Kręcicie tu kolejny odcinek programu „Mamy cię!" czy coś  w tym stylu? - Filip cały czas nie mógł pojąć tego, co właśnie usłyszał.

W tym momencie do gabinetu wszedł młody chłopak, który pracował w dziale IT. Aleksandra Rzemień wskazała ręką na laptop Filipa stojący na skraju biurka Massimo.

    - Wojtek, proszę, zajmij się tym laptopem Filipa, tak jak mówiliśmy. Firmową komórkę Filip zwróci wam w przyszłym tygodniu, prawda? - Aleksandra spojrzała wyczekująco na Filipa, który z rezygnacją obserwował, jak chłopak z IT zabiera jego komputer. Filip nic nie odpowiedział. Patrzył z niedowierzaniem na twarze tej trójki, która właśnie dokonała egzekucji na jego karierze, dla której poświęcił cały swój czas, wysiłek i zaangażowanie. Aleksandra położyła przed nim kartkę papieru. Filip zerknął na nią i zobaczył, że był tam już gotowy tekst jego własnego wypowiedzenia. Brakowało tylko podpisu i daty. Fabio usłużnie podał mu swój długopis

   - Uwierz mi, że oszczędzisz sobie dużo problemów podpisując ten dokument! - Aleksandra  stanęła nad nim i czekała aż w końcu złapał długopis i maznął jednym ruchem pośpieszny, niechlujny podpis.

    - Dziękujemy, Filip. To chyba wszystko. Możesz już iść. Z dniem jutrzejszym nie jesteś już pracownikiem naszej firmy. Do końca przyszłego tygodnia masz czas na zdanie firmowej komórki, samochodu, korporacyjnej karty płatniczej oraz rozliczenie wszelkich delegacji, jeśli są jeszcze jakieś, których nie zdążyłeś rozliczyć! Do widzenia.

    - Addio, Filippo! Addio... - Usłyszał podszyty radością okrzyk Massimo, gdy opuszczał jego gabinet na zawsze.

W tym samym czasie Dorota Wolska stanęła przed blokiem, w którym mieszkał Bartek. Odnalazła numer jego mieszkania na domofonie i nacisnęła przycisk.

11:02, peter_hoffman
Link Komentarze (33) »
Rozdział 46 Jeden dzień z życia Filipa B.
 

Był ostatni dzień maja. Tego dnia należało zrobić zamknięcie miesiąca - podsumować wyniki sprzedaży oraz pracę poszczególnych handlowców, przygotować prezentację na comiesięczne spotkanie sprzedażowo-marketingowe czyli tak zwany „SSM" w żargonie firmowym. Tak mniej więcej przedstawiały się plany Filipa Bieleckiego na ten dzień, gdy jak zwykle o godzinie 8:50 rano dojeżdżał swoim służbowym czarnym Volvo pod biuro firmy. W śnieżnobiałej, perfekcyjnie wyprasowanej koszuli, podkreślającej jego ciemną karnację i wyraźną rzeźbę klatki piersiowej, Filip wyglądał tak, jakby urwał się z jakiejś reklamy Gilette lub Adidasa. Strażnik grzecznie skinął mu głową i podniósł szlaban wpuszczając go na firmowy parking. Filip Bielecki przeprowadził się do Łodzi z Warszawy niecałe dwa lata temu. Miał wówczas trzydzieści jeden lat i pracował w polskim przedstawicielstwie pewnej amerykańskiej firmy, która była liderem w swojej branży na polskim rynku. Był kierownikiem sprzedaży na obszar północno-wschodniej Polski, miał bardzo dobre wyniki i zarabiał całkiem niezłe pieniądze. W wolnym czasie uprawiał swoje ulubione Taekwondoo, w którym posiadał już czarny pas. Pewnego dnia na jego służbową komórkę niespodziewanie zadzwonił headhunter i zaproponował mu przejście do konkurencyjnej włoskiej firmy, której centrala mieściła się w Łodzi. Kusił go posadą Dyrektora Sprzedaży, pensją wyższą o kilka tysięcy, wysokimi bonusami od realizacji targetów sprzedażowych, nowiutkim wypasionym modelem Volvo, który miał być jego samochodem służbowym. Początkowo Filip odrzucał te propozycje. Urodził się w Warszawie, tu miał rodzinę i przyjaciół. Poza tym liczył, że może za jakieś pół roku awansuje w amerykańskiej firmie. Headhunter najwyraźniej dobrze znał sytuację personalną w jego firmie i wzbudził w nim niepewność sugerując, że oczekiwany awans może przypaść kierownikowi sprzedaży na obszar Zachodniej Polski. Filip początkowo nie chciał uwierzyć w te sugestie, ale raz zasiane ziarno niepewności, szybko zaczęło w nim kiełkować. Nie mógłby znieść takiego upokorzenia, gdyby kierownictwo firmy rzeczywiście pominęło jego i awansowało tego włażącego wszystkim w dupę gogusia z Poznania. Po dwóch tygodniach bicia się z myślami i analizowania różnych scenariuszy wydarzeń podjął w końcu tą trudną decyzję i przyjął kuszącą ofertę włoskiej firmy. Szczegóły swojego kontraktu negocjował już z Aleksandrą Rzemień, przemiłą szefową HR włoskiej firmy. Ta dość atrakcyjna, szczupła blondynka, mająca na oko około trzydziestu pięciu lat, wydawała się być taka sympatyczna i pomocna, kreśliła przed nim szerokie możliwości rozwoju zawodowego, podnoszenia kwalifikacji i możliwych dalszych awansów na drabinie korporacyjnej.  Złożył wypowiedzenie w amerykańskiej firmie, czym wprawił w osłupienie swoich niczego się nie spodziewających przełożonych. Po miesiącu był już oficjalnie pracownikiem włoskiej firmy i zamieszkał w wynajętym przytulnym mieszkanku na łódzkim Widzewie, które osobiście poleciła mu Aleksandra Rzemień.

Mniej więcej w tym samym czasie do włoskiej firmy trafiła też Dorota Wolska, która pomyślnie przeszła wieloetapową rekrutację na asystentkę dla dyrektora generalnego, Włocha Fabio Simonetti. Ponieważ oboje byli nowi w firmie i pracowali na tym samym piętrze, więc szybko zaprzyjaźnili się i postanowili trzymać się razem. Dorota dobrze mówiła po włosku i czasem potrafiła lepiej wytłumaczyć dyrektorowi generalnemu pewne niuanse strategii sprzedażowej Filipa, niż gdy on sam próbował  to zrobić po angielsku. Tradycyjnie Włosi mówili dość przeciętnie po angielsku i wiele rzeczy rozumieli opacznie w tym języku, co powodowało niekiedy zabawne, a czasem przykre konsekwencje. Dorota i Filip razem chodzili do firmowej kantyny na obiady, a rano i po południu ucinali sobie krótkie pogawędki w firmowej kuchni przy aromatycznym włoskim espresso. Niewątpliwą zaletą pracy we włoskiej firmie była rewelacyjna kawa, którą dostarczały pracownikom ekspresy ciśnieniowe na każdym piętrze biura. Początkowo Dorota traktowała Filipa jak każdego wolnego i atrakcyjnego faceta, czyli był dla niej potencjalnym kandydatem na męża. Filip w swoim zapracowaniu zupełnie jednak nie dostrzegał delikatnych sygnałów wysyłanych przez Dorotę. Po jakimś czasie Dorota poznała Czarnego, zakochała się, a Filipa zaczęła traktować po prostu jak dobrego kumpla z pracy. Filip nawet nie zauważył, że zaszła jakaś zmiana w tym, jak go traktowała jego dobra przyjaciółka. Czasem gdy zostawał w Łodzi na weekend chodzili razem do kina, jeździli na basen lub na piwo. Podobała mu się, ale jakoś nie potrafił myśleć o niej inaczej niż jak o przyjaciółce z pracy. Był przecież stuprocentowym profesjonalistą, a romans z koleżanką z pracy, na dodatek asystentką jego szefa mógłby znacząco zaszkodzić jego karierze. Ta kariera była wszakże wszystkim, co miał odkąd zdecydował się przeprowadzić do Łodzi. Potem gdy jakiś miesiąc temu Dorota poznała Maćka i zaczęła spędzać z nim całe weekendy, ich przyjaźń nieco się rozluźniła, ale w pracy nadal się wspierali. Od czasu gdy zamieszkał w Łodzi, Filip żył prawie jak mnich. Nie miał czasu nikogo poznać. Masturbacja przy ściągniętych z Internetu filmikach porno zaspokajała jego potrzeby seksualne. Kilka razy próbował też umawiać się z dziewczynami poznanymi na czacie, ale dość szybko się zniechęcił. Często był też tak zmęczony gdy wracał do domu, że seks był ostatnią rzeczą o jakiej mógłby wtedy pomyśleć.

Ku swojemu zaskoczeniu Filip szybko się zorientował, że w firmie nikt właściwie nie lubił Aleksandry Rzemień. On był bodaj jedyną osobą, która miała o niej względnie dobre zdanie. Nawet Dorota Wolska nie darzyła jej sympatią, mimo że tak jak on została osobiście zrekrutowana przez Rzemieniową. Po firmie krążyły jakieś niejasne pogłoski, że Aleksandra parę lat temu był personalną w innej włoskiej fabryce pod Warszawą i tak bardzo zaszła za skórę jej pracownikom, że któregoś dnia ktoś „przypadkowo" najechał na nią wózkiem widłowym. Aleksandra wylądowała w szpitalu z jakimś urazem kręgosłupa, ale do pracy w tej fabryce już nie wróciła.

Dział sprzedaży włoskiej firmy, którego Filip został szefem, znajdował się w opłakanym stanie. Najbardziej doświadczeni handlowcy uważali się za nietykalne „święte krowy" i nie mieli żadnej motywacji, by zwiększać sprzedaż. Reszta jego zespołu umiała tylko sprzedawać najtańsze produkty, na których firma właściwie nie zarabiała. Filip musiał to wszystko ogarnąć, poskromić krnąbrnych handlowców oraz zmotywować tych, którzy zamiast sprzedawać spędzali czas z prostytutkami w przydrożnych motelach. Pracy miał dużo i przez pierwszy rok wychodził z biura najczęściej dopiero po 20:00. W Łodzi nie miał żadnych znajomych poza ludźmi, których poznał w firmie. Wracał więc do pustego mieszkania, gdzie jadł kolację, oglądał trochę telewizji, a później szedł spać. Rano wszystko zaczynało się od nowa. Przed 9:00 przyjeżdżał do biura i znów spędzał w nim 10-11 godzin, z krótką przerwą na lunch spożywany w firmowej kantynie.  Już po trzech miesiącach pracy Filipa w Łodzi, słupki pokazujące na wykresach udziały włoskiej firmy na polskim rynku zaczęły rosnąć, gdy tymczasem analogiczne wskaźniki dla amerykańskiej firmy powoli malały. Podczas swoich comiesięcznych prezentacji wyników sprzedaży dla kierownictwa firmy, Filip czuł dumę i satysfakcję, że dokonał tego dzięki swojej wiedzy, doświadczeniu i ciężkiej pracy. Miło było obserwować tak wyraźne i niezaprzeczalne rezultaty swoich własnych wysiłków - to dodawało mu nowej energii do dalszych starań. Myślał też sobie czasem z satysfakcją, że jego byli szefowie w amerykańskiej firmie obserwując swoje spadające udziały plują sobie teraz w brodę, że pozwolili mu odejść do konkurencji.

Tymczasem Włoska firma nie zadowoliła się łatwo rosnącymi ilościami sprzedawanych produktów. W ciągu zaledwie jednego roku jej udziały w polskim rynku podskoczyły z niecałych 10% do aż 23%, co czyniło ją drugą największą firmą w swojej branży, Dość szybko Filip otrzymał jednak nowe zadanie - miał zawalczyć o wyższe marże. Włoska firma postanowiła, że nadszedł czas, by wreszcie spić śmietankę z polskiego rynku. Oczywiście sprzedaż miała cały czas rosnąć, ale też ceny po których sprzedawano produkty firmy miały znacząco wzrosnąć. Każdy kto choć trochę znał tą branżę i panującą w niej permanentną wojnę cenową między konkurującymi producentami, wiedział, że to jest misja samobójcza, cel praktycznie nierealny do osiągnięcia. A jednak Filip nie załamał się i postanowił podjąć to nowe wyzwanie. Można było powiedzieć, że Włoska firma stosowała wobec niego taktykę „uciekającej marchewki". Zawsze gdy był już o krok od osiągnięcia postawionych przed nim celów, to nagle z centrali firmy w Mediolanie przychodziła niespodziewana korekta planów, w której targety sprzedażowe lub marżowe był podwyższone. Oczywiście czasem dostawał kawałek marchewki dla zachęty i podtrzymania słabnącego entuzjazmu. Na przykład zimą tego roku firma zorganizowała ekskluzywny wyjazd na karnawał do Rio de Janeiro dla swoich najważniejszych partnerów handlowych, działu sprzedaży oraz wybranych zasłużonych pracowników z innych działów firmy. Przez siedem dni wszyscy pili na umór brazylijską carpirinię na słynnej plaży Copacabana, prażąc się w trzydziesto stopniowym upale podczas gdy przez Polskę przechodziła wtedy fala straszliwych mrozów sięgających minus dwudziestu pięciu stopni. Oczywiście głównym celem tego wyjazdu było podbicie wyników sprzedaży, gdyż partnerzy handlowi firmy chcąc otrzymać zaproszenie do Rio musieli kupić wyśrubowane ilości produktów firmy o najwyższej marży.  Jednak nawet w boskim Rio de Janeiro Filip nie mógł do końca się zrelaksować i odpocząć - musiał cały czas doglądać swoich kapryśnych klientów i zabiegać, by niczego im nie brakowało do szczęścia.

11:01, peter_hoffman
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 marca 2007
;-)
10:47, peter_hoffman
Link Komentarze (18) »
piątek, 16 lutego 2007
c.d. Tajemnica Kina Charlie - 2
Bartek cały czas toczył wewnętrzną walkę. Z jednej strony usiłował skupić się na filmie, ale poszczególne jego sceny przywoływały różne wspomnienia. Próbował usprawiedliwić się przed samym sobą, zrzucić całą winę za to, co się wydarzyło na Karola. Wiedział jednak, że brał czynny udział w tej zdradzie. Nie powiedział Karolowi ani razu, by przestał, gdy ten rozpinał mu pasek, a potem kolejne guziki rozporka jego spodni. Ciekawiło go, jak będzie, czy tak jak za każdym razem wcześniej połączy ich ślepa namiętność. Dawniej gdy oddawał mu się w seksie była w tym jakaś magia, jakieś nieopisane cielesno-psychiczne połączenie dwóch ciał. Czuł że to coś więcej niż tylko zwykłe pieprzenie się. Pod wpływem tej magii znów zaczynał snuć te swoje nierealne plany wspólnego życia z Karolem. Tym razem było jednak zupełnie inaczej - seks był znów perfekcyjny technicznie, niby nic się nie zmieniło, a jednak nie było już tej magii. Bartek nie potrafił odnaleźć w sobie dawnych emocji. W pewnym momencie gdy leżał pod Karolem, który mocnymi pchnięciami coraz głębiej wbijał się w niego, poczuł dziwną pustkę i bezsens całej tej sytuacji. Jego ciało przez te lata intymnej znajomości z Karolem nauczyło się pewnych niemal automatycznych reakcji na określone bodźce. Jednak nie kryła się już za tym żadna metafizyka. Całe jego podniecenie nagle okazało się tylko efektem mechanicznego pobudzenia, nie pożądał już Karola. Nie kochał się z nim, tylko dawał mu dupy.  Wreszcie mógł z czystym sumieniem o nim zapomnieć, usunąć go ze swojego życia. Teraz będzie mógł odważnie spojrzeć w przyszłość bez bagażu przeszłości. Gdy było już po wszystkim, Bartek leżał nieruchomo na łóżku ze wzrokiem wbitym w sufit. Czuł się zmęczony, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Dochodziła godzina 21:00, w sypialni panował już lekki półmrok, ale nikt nie zamierzał włączyć światła. Karol powoli ubierał się, zbierając z podłogi porozrzucane na niej części swojej garderoby. Gwizdał coś cicho pod nosem, najwyraźniej zadowolony ze spotkania. Jeszcze nie dostrzegł zmiany, która zaszła w Bartku. Gdy parę minut później Karol wychodził z jego mieszkania, odwrócił się w ostatniej chwili i popatrzył na niego uśmiechając się dwuznacznie, jak to tylko on potrafił.

    - Wiedziałem, że tego ci było trzeba! Nikt inny nie zna tak dobrze twojego ciała i twoich potrzeb, jak ja! - Bartek zbył tą uwagę milczeniem - ... więc kiedy mam znów do ciebie wpaść?

    - Myślę, że nigdy! Upewniłeś mnie dziś, że nic już do ciebie nie czuję. Czułem się dziś, jakbym grał w jakimś kiepskim filmie porno, nie było we mnie żadnych emocji! Po prostu pieprzyliśmy się jak bezmyślne zwierzęta, byle tylko rozładować napięcie w kroczu... Wybacz, ale chyba nie chcę się już tak czuć!

Bartek zamknął drzwi za nieco zdumionym Karolem, który nie potrafił nawet zareagować na te niespodziewane słowa Bartka. Najpierw poczuł ogromną ulgę. Potrzebował tego cielesnego potwierdzenia, że Karol nie ma już nad nim tej seksualnej władzy. Właściwie to czuł nawet niesmak po tym spotkaniu, nie mógłby już nigdy więcej iść z nim do łóżka. Nagle uświadomił sobie, że tak naprawdę Karol go po prostu wykorzystywał do zaspokojenia swoich potrzeb seksualnych przez te wszystkie lata, nie dając mu w zamian żadnych prawdziwych uczuć. To był wreszcie definitywny koniec. A jednak nie potrafił się do końca cieszyć z tego odkrycia, bo czuł również ciężar zdrady, jakiej dopuścił się wobec Kuby. Zastanawiał się, czy jego uczucie wobec niego było prawdziwe i silne, skoro tak łatwo uległ Karolowi.  Zawsze podkreślał, jak ważna jest dla niego szczerość, nawet taka szczerość, która zadaje ból. Uważał bowiem, że taki ból jest zdecydowanie lepszy niż wątpliwości, niepewność i niewiedza. Teraz jednak zrozumiał, czemu taka szczerość jest tak trudna do osiągnięcia. Nie mógł by opowiedzieć Kubie o tym, co zaszło między nim a Karolem. Musiałby go zmusić do wysłuchania całej tej historii od samego jej początku siedem lat temu, a nie czuł się na siłach, by ją opowiadać komukolwiek. Pozostawało więc milczeć, ufając, że ta jedna zdrada, która posłużyła mu przecież jako dowód wygaśnięcia dawnej namiętności, nie stanie na drodze do szczęścia.

Na ekranie główny bohater Ennis Del Mar właśnie siedział w oknie swojego domu i z niecierpliwością wyczekiwał wizyty swojego dawno niewidzianego przyjaciela i kochanka Jacka Twista. To niesamowite napięcie i wyczekiwanie, to jego radosne podenerwowanie zbliżającym się spotkaniem i nagła eksplozja radości na widok samochodu parkującego przed jego domem, z którego wysiadł Jack. To właśnie były te sceny, które całkowicie rozbroiły Kubę - poczuł, że fala emocji wywołanych filmem zupełnie go obezwładniła, siedział znieruchomiały i czuł jak łzy wzruszenia napływają mu do oczu, gdy na ekranie Ennis i Jack wpadli sobie w ramiona, a później niespodziewanie dla samych siebie zaczęli się namiętnie całować. Bartek, który zdążył już rozprawić się ze swoim wątpliwościami moralnymi wyczuł poprzez rękę Kuby spoczywającą na jego udzie to dziwne napięcie wszystkich jego mięśni. Spojrzał w bok na niego. Kuba po chwili zorientował się, że jest obserwowany i odwrócił twarz w jego kierunku. W lekkiej poświacie bijącej od ekranu Bartek zobaczył szkliste oczy i lekki uśmiech w kącikach ust. Kuba chwycił go mocno za rękę i przyciągnął w swoją stronę. Nie zważał już na to, co mogli sobie pomyśleć widzowie siedzący za nimi. Bartek jeszcze przez jakiś czas trzymał swoje emocje na wodzy. Jednak gdy po śmierci Jacka Twista, Ennis Del Mar odnalazł w jego rodzinnym domu tą starą koszulę, którą Jack nosił gdy się poznali i która przywołała wszystkie te wspomnienia. Wówczas również z nim stało się coś dziwnego. Poczuł, że nie jest w stanie przełknąć śliny, miał dziwnie ściśnięte gardło.

Pół godziny później gdy Kuba podwiózł go pod jego blok na Widzewie, Bartek nie wysiadł od razu z samochodu. Przez chwilę milczał, zbierając się w sobie.

    - Kuba, myślisz, że moglibyśmy razem zamieszkać?

11:30, peter_hoffman
Link Komentarze (18) »
Rozdział 45 Tajemnica Kina Charlie 1
Edyta wsiadła na tylne siedzenie czarnego Renault Megane należącego do Maćka, chłopaka jej siostry.  Z zaskoczeniem zauważyła, że Maciek, który przyjechał po nie na Retkinie, przesiadł się na miejsce pasażera, a Dorota zajęła fotel kierowcy.

    - Pozwalasz jej prowadzić swój samochód? - Edyta wypaliła bez zastanowienia, mając świadomość, że Dorota robiła swoje prawo jazdy jakieś siedem lat temu i przez te wszystkie lata tylko sporadycznie miała okazje prowadzić samochód ich rodziców.

    - Musi się wprawić, bo dziś wieczorem idę na zakrapianą imprezkę pożegnalną do pubu Rif-Raf... Kumpel dostał świetną pracę w Irlandii i w przyszłym tygodniu przeprowadza się na stałe do Limerick. Dorotka obiecała zawieść mnie na imprezę, a później odebrać, żebym mógł wreszcie trochę zaszaleć z kumplami i wypić parę drinków!

    - Aha rozumiem, więc Dorota dziś będzie robić za twoją szoferkę! - Edyta wyciągnęła się wygodnie na tylnym siedzeniu i skryła oczy za swoimi nowymi okularami słonecznymi - Mam nadzieję, że wkalkulowałeś w budżet imprezy koszt  ponownego lakierowania swojego autka i likwidowania wgnieceń...

    - Nie będzie tak źle! Dorota już od kilku dni prowadzi samochód pod moim okiem i muszę ci powiedzieć, że radzi sobie całkiem nieźle! - Maciek poklepał Dorotę po udzie - A dokąd to teraz zawozimy twoją sympatyczną siostrzyczkę?

    - Na Wydział Prawa, ulica Składowa, tam niedaleko Dworca Fabrycznego! - Dorota odpowiedziała krótko, skupiona na drodze.

    - Wydział Prawa? Czyżbym o czymś nie wiedział? - Maciek odwrócił się zaintrygowany do Edyty - Studiujesz jednocześnie psychologię i prawo?

    - Nie przeceniaj jej możliwości! - Dorota wykorzystała okazję do zemsty za wcześniejsze uszczypliwe aluzje Edyty na temat jej zdolności prowadzenia samochodu - Edi po prostu postanowiła wybrać się na wykład prowadzony przez żonę tego fotografa, w którym się zabujała!

    - No proszę, ciekawi cię jak ona wygląda czy planujesz jakąś konfrontację?

    - Dajcie mi spokój! Po prostu chcę zobaczyć, jaką jest osobą i czego można się po niej spodziewać.

    - Jasne! Po prostu boisz się, że jest niezłą laską, a na dodatek łebską prawniczką, która nie zawaha się, żeby wykorzystać wszystkie chwyty dozwolone przez prawo, żeby go przy sobie zatrzymać! - Dorota nieco zbyt ostro wcisnęła hamulec i samochód gwałtownie zatrzymał się na czerwonym świetle, tak że wszyscy troje polecieli lekko do przodu.

    - Dzięki Dora, że mnie podtrzymujesz na duchu! Na ciebie zawsze mogę liczyć... A tak w ogóle to mogłabyś się wreszcie nauczyć nieco łagodniej hamować!

Kino „Charlie" było ulubionym miejscem pasjonatów kina w Łodzi. Często można było się tu natknąć na studentów łódzkiej Szkoły Filmowej, której akademik mieścił się nieopodal. Kino dysponowało dwiema niedużymi salami, dobrym system nagłośnienia i przytulną, kameralną atmosferą, daleką od zgiełku, nadęcia i mdłego zapachu popcornu wielkich multipleksów. W repertuarze „Charliego" próżno było szukać superprodukcji hollywoodzkich, kina akcji czy tandetnych komedii romantycznych. Zawsze można tu było trafić na ciekawe filmy europejskie czy azjatyckie oraz ambitniejsze produkcje amerykańskie. Kino mieściło się w jednej z bram na Piotrkowskiej, a jego lokalizację wskazywał czarno-biały szyld z podobizną Charlie Chaplina w jego charakterystycznym meloniku.

Gdy Bartek dotarł do kina „Charlie", Kuba czekał już tam na niego. Ubrany w granatowe jeansy i czerwoną koszulkę polo stał w bramie i jak zawsze był taki ciepły i radosny. Gdy podał Bartkowi rękę na powitanie, ten poczuł jakby to ciepło wprost przechodziło na niego. Weszli na pierwsze piętro i kupili w kasie bilety na film „Tajemnica Brokeback Mountain". Bartek widział już ten film jakieś dwa miesiące temu. Jak tylko usłyszał, że na ekrany kin wchodzi film opowiadający historię zakazanej, homoseksualnej miłości dwóch kowbojów, od razu musiał go zobaczyć. Natomiast Kuba dopiero teraz po całej tej wrzawie wywołanej Oscarami postanowił go w końcu obejrzeć i nalegał, by Bartek mu towarzyszył.  Na sali było niewiele osób, może około piętnastu.  Był to już bowiem ostatni tydzień wyświetlania tego filmu i wyglądało na to, że wszyscy, którzy mieli go zobaczyć już dawno to zrobili. Bartek i Kuba zajęli miejsca w środkowej części sali i byli jedynymi osobami w ich rzędzie. Kuba cały czas sprawiał wrażenie jakby miał nadmiar energii, zaś Bartek był jakiś wyciszony i nieobecny. Nie mógł się jeszcze pozbierać po tym, co wydarzyło się w zeszłą niedzielę. Karol znów skutecznie zamieszał w jego życiu i rozbudził dawno zapomniane emocje. Kuba rozejrzał się po sali i dostrzegł, że jakaś dziewczyna i chłopak siedzący dwa rzędy za nimi, przyglądali się im i szeptali sobie coś na ucho.

    - Tamci chyba już nas rozszyfrowali... Ale co tam, cieszę, że razem obejrzymy ten film! - Kuba spojrzał na Bartka i dopiero teraz spostrzegł, że w jego wyrazie twarzy pojawiło się jakieś nieznane mu napięcie.

    - Już ci to nie przeszkadza? - Bartek dyskretnie obejrzał się za siebie.

    - Co? Że ktoś sobie pomyśli, że możemy być parą? - Bartek skinął potwierdzająco głową - Chyba przy tobie wiele rzeczy przychodzi mi znacznie łatwiej niż kiedyś! Szczerze mówiąc, to gówno mnie obchodzi, co inni sobie o mnie pomyślą. Jest mi z tobą dobrze i tylko to się liczy!

Bartek był szczerze zaskoczony tym, jak ostatnio Kuba otwarcie wyrażał swoje uczucia do niego. Ewolucja jego poglądów na ich związek nabrała ostatnio dziwnego przyśpieszenia. Gdy się poznali Kuba stanowczo podkreślał, jak bardzo ważna jest dla niego dyskrecja i że nie chce obnosić się publicznie ze swoimi preferencjami. Nie chciał nawet umawiać się z Bartkiem  w pubach czy kawiarniach, bo uważał, że ktoś widząc ich razem, mógłby pokusić się o wyciągnięcie właściwych wniosków. Jeszcze trzy tygodnie temu wspólne wyjście do kina było szczytem marzeń Bartka, a teraz Kuba zdawał się zupełnie nie przejmować tym, że ktoś mógłby uznać go za geja.

Bartek powinien być teraz bardzo szczęśliwy, słysząc te wszystkie deklaracje płynące z ust Kuby, ale spotkanie z Karolem jak zwykle wszystko pogmatwało. Nie potrafił teraz w pełni docenić szczerych wyznać Kuby, ani odwzajemnić się czymś podobnym. Gdy skończyły się reklamy poprzedzające seans i na sali zapanowała wreszcie bezpieczna ciemność, Kuba powoli przesunął swoją rękę ponad oparciem oddzielającym go od Bartka i położył ją na jego udzie. Bartek zamarł w bezruchu. Czuł teraz pewien dyskomfort w przyjmowaniu jakichkolwiek pieszczot ze strony Kuby po tym co zaszło z Karolem. Miał jednak nadzieję, że uda mu się o tym zapomnieć, wymazać z pamięci ten moment słabości i jakoś wrócić do stanu, gdy mógł z czystym sumieniem trzymać Kubę za rękę.

Dorota zatrzymała się przed głównym budynkiem Wydziału Prawa, a Edyta z ulgą wysiadła z samochodu. Miała już dość tych bezsensownych uwag Doroty, która najwyraźniej próbowała za wszelką cenę zniechęcić ją do kontynuowania znajomości z Andrzejem. Powoli zmierzała w kierunku nowej dużej auli Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Według informacji uzyskanych od jej koleżanki Agnieszki, która studiowała prawo - dziś o godzinie 15:00, w tej właśnie auli mgr Julia Romanowska miała poprowadzić wykład z Prawa Cywilnego dla zaocznych studentów II roku prawa. Gdy Edyta wkroczyła do budynku studenci powoli wchodzili już do auli i zajmowali miejsca. Edyta z ulgą stwierdziła, że aula była ogromna - na oko mogłaby spokojnie pomieścić 100-150 osób. Zajęła bezpieczne miejsce w ostatnim rzędzie w pobliżu wyjścia. Po kilku minutach nerwowego wyczekiwania na salę weszła kobieta w dopasowanych, prostych spodniach seansowych od Zary i zielonkawej bluzce. W ręku niosła poważnie wyglądającą, elegancką czarną aktówkę. Miała proste włosy koloru miedzianego modnie obcięte w asymetryczną fryzurę ze skośną grzywką i nieco dłuższymi włosami po prawej stronie głowy niż po lewej. Gdy kobieta stanęła przodem do audytorium i zajęła swoje miejsce na stanowisku wykładowcy, Edyta rozpoznała w niej Julię Romanowską. Wyglądała nieco inaczej niż na fotografiach, które widziała w domu Andrzeja. Na żywo robiła wrażenie bardziej nowoczesnej i zdecydowanej, a nawet przebojowej osoby. Edyta niechętnie musiała przyznać sama przed sobą, że Julia była całkiem ładną i zadbaną kobietą. 

Dziś Julia czuła się już znacznie pewniej niż przez ostatnich kilka dni. Od czasu pamiętnej rozmowy przy śniadaniu Andrzej nie powrócił już do tematu. Zachowywał wobec niej wyraźny dystans, ale to jej tak bardzo nie przeszkadzało. Wczoraj poczuła dziwny impuls i poszła do fryzjera. Nie umówiła się jednak ze swoją stałą fryzjerką z małego salonu na ulicy Sienkiewicza. Podczas zakupów w Galerii Łódzkiej przechodziła obok znajdującego się tam salonu fryzjerskiego „GRACE" i nagle pod wpływem chwili weszła do środka. Okazało się, że młody sympatyczny fryzjer miał akurat wolne okienko przed umówioną klientką i już po chwili Julia odprężała się podczas mycia głowy i masażu, jaki zafundował jej Bartek. Po umyciu głowy Julia zasiadła w wygodnym fotelu przed lustrem, a Bartek przyjrzał się jej badawczo i odważnie zaproponował całkowitą zmianę wizerunku. Gdy Julia usłyszała, jakie miał plany wobec jej głowy, to zwątpiła, ale po chwili doszła do wniosku, że ma ochotę na jakąś radykalną zmianę. Bartek był w swoim żywiole. Uwielbiał dokonywać całkowitych transformacji na głowach swoich klientek, ale rzadko zdarzały się osoby, które było stać na takie drastyczne przemiany.

Julia wyjęła ze swojej aktówki konspekt wykładu, włączyła mikrofon i przywitała studentów.

    - Witam Państwa! No jakoś wszyscy doczekaliśmy się w końcu ostatniego w tym roku wykładu z prawa cywilnego. Przypominam, że egzamin pisemny odbędzie się 11 czerwca o godzinie 14:00... A tematem dzisiejszego wykładu jest prawo własności. Na początek zastanówmy się jak zdefiniować prawo własności...

Edyta wsłuchała się w jej silny, spokojny i niski głos. Studenci od razu ucichli i zauważyła, że Julia doskonale nad nimi panowała. Z zaskoczeniem stwierdziła, że wykład nawet ją zainteresował, mimo że nigdy nie pociągało jej prawo. Wcześniej zaplanowała sobie, że tylko ją zobaczy na żywo, usłyszy jej głos, oceni sposób bycia i szybko wyjdzie z sali. Teraz jednak postanowiła zostać i wysłuchać całego wykładu.

Julia uniosła wzrok znad swoich notatek i znów dostrzegła tego chłopaka, który swoją pewnością siebie już kiedyś zwrócił jej uwagę. Siedział w drugim rzędzie i zamiast notować, co mówiła tak jak większość studentów, on po prostu się na nią gapił.

11:29, peter_hoffman
Link Komentarze (9) »
wtorek, 06 lutego 2007
Rozdział 44 Przyłapani na gorącym
Nie widzieli się zaledwie trzy dni, a zdawało się, że trwało to całą wieczność. Edyta próbowała skupić się na nauce. Zmuszała się do czytania swoich notatek z wykładów zgromadzonych w grubym segregatorze. Przeglądała również te wszystkie mądre książki, które swego czasu wypożyczyła z biblioteki, w poszukiwaniu przemawiających do jej wyobraźni przykładów obrazujących teorie omawiane na wykładach. Wszystkie te działania były jednak chaotyczne, powierzchowne i bezcelowe, bo tak naprawdę nie mogła na niczym skupić na dłużej swoich myśli. Zawsze prędzej czy później nachodziły ją wspomnienia z Sopotu. Dodatkowo Andrzej nie ułatwiał jej zadania dzwoniąc kilka razy dziennie i wysyłając dziesiątki SMSów, które dawały nadzieje, że naprawdę poważnie myśli o zakończeniu małżeństwa z Julią. Gdy Edyta w końcu wyjawiła Dorocie, co tak bardzo gnębiło ją od powrotu z Sopotu, usłyszała oczywiście niezawodną radę, że nie powinna się w ogóle angażować w tą znajomość, że najprawdopodobniej Andrzej nigdy nie rozstanie się ze swoją żoną i tylko ją zrani. Nie podejmowała nawet dyskusji z siostrą, bo wiedziała, że w podobnej sytuacji dałaby jej dokładnie taką samą radę.

Na dużym ściennym kalendarzu z wizerunkiem galopującego czarnego konia, który miała zawieszony na ścianie nad biurkiem zaznaczyła sobie czerwonym flamastrem terminy kolejnych zaliczeń i egzaminów. Przez najbliższe trzy tygodnie całkiem sporo było tych oznakowanych na czerwono dni. Miała nadzieje, że one wyznaczą jakoś rytm jej życia i nie pozwolą zbyt dużo rozmyślać o Andrzeju.

Dziś rano gdy usłyszała głos Andrzeja w słuchawce, nie wytrzymała i zgodziła się z nim spotkać. Dopołudnia miała tylko krótkie kolokwium z angielskiego, które nie sprawiło jej większych problemów. Gdy wyszła z budynku uczelni na pobliskim parkingu stał już dobrzej jej znany czarny Jeep Liberty.  Podbiegła szybko i wsiadła do środka. Andrzej nic nie powiedział, tylko zachłannie przyciągnął ją do siebie i pocałował tak, że zapomniała o wszystkim, co dręczyło ją od kiedy dowiedziała się, że jest żonaty.  Jej zmysły były teraz dziwnie rozbudzone i wszystkie bodźce odbierała ze wzmożoną siłą - każdy dotyk jego dłoni, które krążyły i muskały jej twarz, ramiona, piersi i uda, jego zapach, który teraz z taką radością rozpoznawała na nowo i wdychała chciwie po tych dwóch długich dniach rozłąki, jego oczy, które patrzyły na nią z takim ciepłem, radością i pożądaniem.

    - Powiedziałem jej wczoraj rano, co myślę o naszym małżeństwie - Andrzej na chwilę przerwał pocałunek, by przekazać tą dobrą, jak sądził, wiadomość.

    - Czyli co konkretnie?

    - Nie chciałem być zbyt ostry. Ona zupełnie nie była przygotowana na taką rozmowę... Powiedziałem jej, że nasze małżeństwo nie jest udane i że powinniśmy zamieszkać osobno...

    - I co ona na to? - W Edycie obudziła się nadzieja, że problem Julii uda się szybko rozwiązać.

    - Zaczęła się dziwnie zachowywać, jakby to do niej w ogóle nie docierało, co mówiłem... Próbowała zmieniać temat, a gdy nie ustępowałem, to po prostu wyszła z domu.

    - No tak, ale powiedziałeś, że to było wczoraj rano.  Co się wydarzyło później?

    - Nic. Ona w ogóle nie przyjęła do wiadomości tego, co jej powiedziałem. Udaje, że tej rozmowy nie było! - Andrzej przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył w kierunku swojego atelier.

    - Nie możesz tego teraz odpuścić - Edyta zamyśliła się na dłuższą chwilę, próbując postawić się w sytuacji, w jakiej znalazła się teraz jej rywalka - Skoro poruszyłeś już ten temat to musisz to z nią do końca wyjaśnić. Nie owijaj w bawełnę! Powiedz jej wprost, że chcesz się z nią rozwieść! W przeciwnym razie ona będzie cały czas myślała, że takim głupim zachowaniem może coś ugrać!

    - Wiem, ale nie chcę jej potraktować zbyt brutalnie! - Andrzej spojrzał prosząco na Edytę, gdy zatrzymali się na czerwonym świetle - Dajmy jej trochę czasu na oswojenie się z tą sytuacją! Obserwowałem ją wczoraj wieczorem i miałem wrażenie, że gdybym znów poruszył ten temat, to by się rozsypała. Była tak strasznie spięta!

    - Myślisz, że odkładanie tego w czasie sprawi, że będzie jej łatwiej?

    - Nie wiem, ale chciałbym po prostu, żeby Julia też zrozumiała, że tak będzie najlepiej dla nas obojga. Mamy po trzydzieści lat i nie jest jeszcze za późno, byśmy oboje zaczęli wszystko od nowa!

    - Kobiety w wieku trzydziestu lat mają jednak trochę inną perspektywę niż mężczyźni w tym samym wieku. Mam wrażenie, że ona tak łatwo nie odpuści...

Edyta znów zamyśliła się. Spoglądając przez okno samochodu dostrzegła billboard reklamujący nową kolekcję marki Top Secret. Rozpoznała na nim dziewczynę, która towarzyszyła Jarkowi na pamiętnym Troll Party w Sopocie.

    - O kurcze! Chyba zapomniałem zabrać z domu tych negatywów z sesji plażowej w Sopocie - Andrzej nagle sobie o tym przypomniał, gdy sam też zwrócił uwagę na ten billboard, w którym wykorzystano jego zdjęcie Karoliny - Możesz sprawdzić czy są może w tej teczce, która leży na tylnym siedzeniu?

Edyta odwróciła się i sięgnęła po teczkę. Otworzyła ją i pośpiesznie przejrzała zawartość.

    - Nie, tu chyba nie ma tych negatywów - Edyta przyjrzała się pod światło kilku znalezionym w teczce negatywom - Tu są tylko jakieś zdjęcia zrobione w twoim studio.

    - Trudno, musimy więc zawrócić i podjechać na chwilę do mnie do domu po te negatywy... - Andrzej gwałtownie skręcił w najbliższą przecznicę.

Jakieś dziesięć minut później podjechali pod blok, w którym Andrzej mieszkał z Julią. Eleganckie zamknięte osiedle złożone z kilku eleganckich czteropiętrowych bloków przedzielonych pasami zieleni zrobiło na Edycie pozytywne wrażenie. 

    - Czy to na pewno dobry pomysł, żeby mnie tu przywozić? - Edyta poczuła się jednak trochę nieswojo wchodząc za Andrzejem do klatki schodowej.

    - Nie przesadzaj!

    - Gdzie jest teraz Julia? - Edyta zapytała gdy Andrzej otwierał już przed nią drzwi swojego mieszkania.

    - Spokojnie, przecież mówiłem ci, że ona jest pracoholiczką. Nigdy nie wraca do domu przed 18:00!

Weszli do obszernego salonu. Edyta od razu zauważyła fioletowy sweterek wiszący niedbale na oparciu jednego z foteli. Był to drugi po brązowych butach na średnim obcasie, które spostrzegła w przedpokoju, ślad istnienia Julii. Andrzej poszedł do kuchni, by znaleźć w lodówce coś zimnego do picia, a Edytę zostawił samą w salonie. Rozejrzała się powoli wokół siebie i dostrzegła mały stolik koło sofy, który obstawiony był licznymi fotografiami w ramkach. Edyta podeszła do niego i zaczęła po kolei studiować kolejne fotografie. Najpierw zdjęcie ślubne Andrzeja i Julii - on uśmiechnięty tak, że było widać cały górny rząd jego ładnych zębów, a ona taka dystyngowana w tej długiej i nadzwyczaj prostej sukni, może tylko lekki ślad uśmiechu majaczący gdzieś w samych kącikach ust. Następnie sięgnęła po czarno-białą portretową fotografię Julii - jej wzrok skierowany gdzieś ponad obiektyw aparatu, lekko zamyślona, ale jednak pociągająca w swojej niedostępności. W końcu trafiła na zdjęcie Andrzej z jakichś wakacji w górach - z uśmiechem opierający się o swój samochód, a Julia obok niego w czapce baseballowej i dużych czarnych okularach słonecznych. Na koniec zostawiał sobie jakąś dużą fotografię rodzinną z udziałem ich rodziców i chyba rodzeństwa. Próbowała rozszyfrować pokrewieństwo poszczególnych osób ze zdjęcia, gdy nagle poczuła, że Andrzej stał za jej plecami.

    - Proszę, twój sok pomarańczowy! - Andrzej podał jej chłodną szklankę, w której pływały dwie duże kostki lodu.

    - Więc to jest Julia? - Edyta sięgnęła ponownie po czarno-białe portretowe zdjęcie, na którym Julia wyglądała naprawdę pięknie i wyniośle, a zarazem bardzo delikatnie.

    - Tak, stare zdjęcie... chyba zrobiłem je tuż przed naszym ślubem - Andrzej wyjął Edycie z rąk fotografię Julii i odstawił ją na miejsce - Chodź na górę, poszukamy tych negatywów i spadamy stąd!

Wbiegli po schodach na drugi poziom mieszkania, gdzie znajdował się pokój Andrzeja oraz sypialnia z łazienką. Andrzej wszedł do swojego gabinetu i zaczął przeglądać zawartość szuflad w swoim biurku.

    - To mój pokój, negatywy muszą gdzieś tu być...

Edyta zatrzymała się na progu pokoju, ale bardziej zaciekawiło ją pomieszczenie mieszczące się za drugimi lekko uchylonymi drzwiami obok. Zostawiła Andrzeja i pchnęła lekko drugie drzwi. Jej oczom ukazało się duże małżeńskie łoże. Sypialnia pogrążona była w półmroku, bo żaluzje w oknach były całkowicie zamknięte. Uchylone okno wpuszczało do pokoju tylko dźwięki ulicy. Ściany sypialni pomalowane były na łososiowy kolor, w podobnej tonacji utrzymany był puszysty dywan, który pokrywał większą część wyłożonej panelami podłogi. Po obu stronach łoża były małe stoliki nocne. Na jednym z nich obok najnowszego numeru magazynu „Elle", leżały srebrne kolczyki i jakaś bransoletka z białych i brązowych koralików. Nagle poczuła oddech Andrzeja na swoim karku, jego ręce objęły ją od tyłu, a jego ciepłe usta musnęły jej ucho i szyję. Położył swoją głowę na jej ramieniu, zanurzając się w jej długich, brązowych włosach, których zapach tak go podniecał.

    - To sypialnia...  Znalazłem już te negatywy...

Edyta odwróciła się przodem do Andrzeja i poddała się jego pocałunkom. Po chwili poczuła, że Andrzej popycha ją lekko w kierunku łóżka, które było tuż za nią.

    - Nie wiem czy powinniśmy tu posuwać się dalej!?

    - Czyżbyś uważała to za świętokradztwo?! - Andrzej niespodziewanie pchnął ją lekko i oboje opadli na miękkie łóżko nadal się całując.

    - No nie wiem, to jest jednak także łóżko twojej żony...

Andrzej nie zważał już na to, co mówiła Edyta. Zajęty był rozpinaniem jej biustonosza. Jego dłonie rozpoznawały kolejne zakamarki ciała Edyty, która już całkowicie poddała się jego pieszczotom. Wtedy właśnie oboje z przerażeniem usłyszeli jakiś kobiecy głos dochodzący z dołu.

    - Halo! Jest ktoś w domu?

    - O kurde! To teściowa... - Andrzej wstał na równe nogi, pośpiesznie zapiął guziki swojej koszuli, które Edyta zdążyła mu rozpiąć, gdy się całowali. Poprawił włosy ręką. Edyta również w ekspresowym tempie przywróciła sobie nienaganny wygląd.

    - Co robimy? - Zapytała szeptem ze strachem w oczach.

    - Spokojnie, schowaj się tutaj - Andrzej ostrożnie otworzył przed Edytą rozsuwane drzwi do garderoby Julii - A ja spróbuję się jej jakoś szybko pozbyć!

Edyta posłusznie weszła do garderoby i stanęła pomiędzy wieszakami z ubraniami Julii. Andrzej powoli zasunął drzwi, po czym szybko zszedł na dół. W kuchni zastał Helenę Herman, która właśnie chowała coś do lodówki.

    - Dzień dobry, mamo! Byłem na górze i nie słyszałem jak wchodziłaś.

    - O cześć Andrzejku! Otworzyłam sobie sama drzwi, bo myślałam, że oboje jesteście o tej porze w pracy...

    - No właśnie, ja wpadłem do domu tylko na chwilę, żeby coś zabrać i zaraz jadę z powrotem do mojego studia!

    - Mną się nie przejmuj! Przyniosłam wam tylko kawałek pysznego sernika, który upiekłam wczoraj. Wyszedł mi naprawdę rewelacyjnie!

    - Ależ mamo, twoje serniki są zawsze boskie! - Andrzej był teraz gotów powiedzieć wszystko, byle tylko się jej stąd pozbyć.

    - No, nie bądź już takim pochlebcą!... A może ci ukroję od razu kawałek i spróbujesz sobie teraz? - Zanim Andrzej zdążył zaprotestować, Helena wyciągnęła z lodówki zapakowany kawałek sernika. Odnalazła w szufladzie nóż i ukroiła Andrzejowi solidną porcję ciasta, którą nałożyła mu na talerzyk. Andrzej zrezygnowany usiadł przy kuchennym stole i zanurzył widelczyk w serniku. Zjedzenie kawałka dobrego ciasta nie było w końcu jakimś wielkim poświęceniem. Helena Herman usiadła obok niego i obserwowała go uważnie. Gdy założyła nogę na nogę, Andrzej zwrócił uwagę na jej czerwone buty na niewielkim koturnie odsłaniające palce u nóg z paznokciami pomalowanymi krwisto czerwonym lakierem.

    - Cieszę się, że ciasto ci smakuje... A jak tam się wam układa z Julią?

To nagłe pytanie, zadane tak niby od niechcenia, obudziło czujność Andrzeja. Czyżby Julia już z nią rozmawiała i wszystko jej powiedziała?

    - W porządku! Bez większych zmian - Andrzej nie chciał prowokować jakiejś niepotrzebnej mu teraz pogadanki o jego obowiązkach mężowskich.

    - Mam nadzieję, że tak właśnie jest!... Ale gdyby kiedykolwiek pojawiły się jakieś problemy, to pamiętaj, że możecie z Julią liczyć na wszelką możliwą pomoc z naszej strony! - Helena Herman wstała i spojrzała Andrzejowi przenikliwie w oczy - No dobrze, pewnie chcesz już wracać do pracy, więc nie będę cię dłużej zatrzymywać! Ucałuj Julię ode mnie! - Helena podeszła do Andrzeja i nadstawiła mu policzek do pocałunku. Andrzej nie cierpiał tych sztucznych czułości z teściową, ale jak zwykle zmusił się, by cmoknąć ją w oba policzki. W końcu wyszła. Andrzej przezornie zamknął za nią drzwi na zamek. Wyjrzał przez okno w kuchni i obserwował, jak wsiadła do swojej czerwonej Toyoty Yaris i odjechała.

13:07, peter_hoffman
Link Komentarze (31) »
środa, 31 stycznia 2007
Rozdział 43 Strategia Heleny Herman
Tego ranka Andrzej i Julia wstali prawie o tej samej porze. Julia parzyła sobie kawę, słuchając porannej rozmowy Moniki Olejnik z jakimś politykiem w Radiu Zet, gdy Andrzej zszedł do kuchni w samych bokserkach z lekko jeszcze mokrymi włosami po porannym prysznicu. Julia poczuła ten świeży, przyjemny zapach wody po goleniu Acqua di Gio, której Andrzej używał od zawsze.

    - Napijesz się kawy? - Julia postawiła na stole dwa kubki.

Andrzej spojrzał na żonę - zawsze potrafiła rano tak szybko doprowadzić się do swojego „służbowego" wizerunku kompetentnej prawniczki z gładko zaczesanymi włosami.

    - Tak, poproszę! - Andrzej otworzył lodówkę i wyjął z niej duży jogurt o smaku kiwi i usiadł przy stole. Julia nalała kawy do obu kubków, a po chwili wyjęła z mikrofalówki odświeżone bułki. Andrzej otworzył swój jogurt, sięgnął po bułkę i zaczął jeść. Julia smarowała swoją bułkę Nutellą i popijała kawę. Sielska atmosfera śniadania nie mogła jednak tego ranka trwać w nieskończoność.

    - Wiesz, myślałem ostatnio o nas... - Andrzej zaczął nieśmiało - ...O naszym małżeństwie. Coś tu jest nie tak! Może czas już spojrzeć prawdzie w oczy.

    - Nie rozumiem, o co ci chodzi? - Julia spojrzała na Andrzeja nieco zaskoczona jego wyznaniem i ugryzła kawałek bułki z Nutellą.

    - Proszę, tylko nie udawaj, że ty tego nie widzisz! - Andrzej chciał uniknąć sytuacji, w której będzie jej musiał wszystko tłumaczyć jak trzyletniemu dziecku.

    - Czego? - Julia sięgnęła po wczorajszą gazetę i zaczęła ją nerwowo przeglądać.

    - Nie układa nam się. Mam wrażenie, że nie jesteśmy szczęśliwi w tym małżeństwie... - Andrzej wpatrywał się z uporem w Julię, próbując wymusić na niej kontakt wzrokowy, którego ona teraz sprytnie unikała, udając, że czyta gazetę.

    - Chcesz jeszcze kawy? - Julia nagle sięgnęła po dzbanek z kawą i dolała sobie do filiżanki.

    - Nie! - Andrzej cały gotował się  w środku patrząc, jak Julia ze stoickim spokojem nalewała sobie kawę, a później dolała do kubka trochę mleka, wsypała łyżeczkę cukru i powoli mieszała - Przecież ty też do cholery widzisz, że od dłuższego czasu nic nas już nie łączy!

Julię przeszył zimny dreszcz, ale nie pokazała tego po sobie. Podniosła filiżankę i powoli wypiła duży łyk kawy, po czym powróciła do lektury gazety.

    - Czy mogłabyś nie udawać, że nie słyszysz tego, co do ciebie mówię? - Andrzej podjął kolejną próbę przełamania pancerza, jakim otoczyła się Julia.

    - Słyszę bardzo dobrze, co mówisz... ale szczerze mówiąc, to chyba trochę przesadzasz! Jesteśmy zapracowani, mamy mało czasu dla siebie, na pewno możemy popracować nad tym, by poprawić różne rzeczy... - Julia wstała, zebrała swój talerz oraz filiżankę i zaniosła je do zmywarki.

    - Prawdę mówiąc to myślałem... o separacji... Może powinniśmy zamieszkać osobno, spojrzeć na to małżeństwo z jakiegoś dystansu...

Julia poczuła, jakby ktoś nagle podciął jej nogi. Ukucnęła koło zmywarki i zaczęła mechanicznie układać jakieś naczynia i sztućce w dolnym koszu zmywarki. Andrzej obserwował ją i czekał na jakąś reakcję potwierdzającą, że dotarło do niej to, co właśnie powiedział. Czuła na sobie jego palący wzrok. Podniosła się powoli, zamknęła zmywarkę, umyła ręce w zlewozmywaku i wytarła je w papierowy ręcznik kuchenny.

    - Jak skończysz, to wstaw swoje naczynia do zmywarki i ją włącz... Ja muszę już biec do kancelarii! - Sięgnęła po swoją torebkę, która zawieszona była na oparciu krzesełka i zanim Andrzej zdążył zareagować rozległ się dźwięk zamykanych drzwi.

Andrzej sięgnął po dzbanek, w którym była jeszcze resztka kawy i wylał wszystko do swojego kubka. Popijał powoli i zastanawiał się, co dalej robić. Odczuł pewną ulgę, że wreszcie odważył się zrobić pierwszy krok, ale zachowanie Julii niczego mu nie ułatwiło.

Ciekawość była dla niej czymś naturalnym i zdrowym. Zawsze protestowała gdy ktoś mówił jej, że to pierwszy krok do piekła. Przed wyjściem z domu Edyta Wolska wykopała z przepastnej szuflady swojego biurka stary notes z numerami telefonów i odszukała w nim Agnieszka Jankowską, swoją koleżankę z klasy w liceum. Straciły kontakt ze sobą jakieś półtora roku temu, kiedy to po raz ostatni widziały się na jakimś spotkaniu klasowym w pubie „Wall Street". To była niezła impreza. Dziewczyny wypiły zdecydowanie za dużo piwa i śpiewały  w karaoke piosenkę The Police „Every Breathe You Take". Edyta zapamiętała jednak, że Agnieszka studiowała prawo na Uniwersytecie Łódzkim.  Wystukała numer do Agnieszki w telefonie i po chwili usłyszała jej głos w słuchawce.

    - Cześć Agnieszko, Edyta Wolska z tej strony... Wiem, wiem trochę cię zaskoczyłam... Słuchaj, z tego co kojarzę to studiujesz prawo?... No właśnie, mam do ciebie taką małą prośbę. Czy mogłabyś zorientować się dla mnie kiedy mgr Julia Romanowska prowadzi jakieś wykłady z Prawa Cywilnego u was?... Tak, to super, w takim razie czekam na informacje od ciebie.  Tak, możesz oddzwonić na ten numer wieczorem... Jeszcze raz wielkie dzięki za pomoc. Cześć!

Julia Romanowska tymczasem zadzwoniła z samochodu do swojego szefa. Powiedziała mu, że źle się czuje i poprosiła o jeden dzień urlopu na żądanie.  Następnie pojechała do domu swoich rodziców. W kuchni zastała swoją matkę w eleganckim fartuszku narzuconym na jedną z jej ulubionych czerwonych sukienek. Helena Herman była właśnie w trakcie mieszania mikserem składników na swoje popisowe ciasto - sernik wiedeński.

    - Dzień dobry córciu! A co cię do nas sprowadza o tej porze? Nie powinnaś być w pracy? - Helena Herman wyłączyła mikser i spojrzała badawczo na córkę.

    - Tak, powinnam... ale wzięłam dzień urlopu, nie jestem teraz w stanie skupić się na pracy - Julia usiadła przy kuchennym stole, zakrywając twarz rękoma.

    - Coś się stało? Źle się czujesz? - Helena usiadła na wprost córki.

    - To nie to... Andrzej chyba chce mnie zostawić - Julia w końcu wyrzuciła to z siebie.

    - Co takiego? Co ty mówisz kochanie? - Helena aż wstała poruszona i przysunęła swoje krzesło bliżej Julii.

    - Dziś rano przy śniadaniu powiedział, że uważa nasze małżeństwo za nieudane i że może powinniśmy zamieszkać osobno... Nie wiem, co robić! - Julia popatrzyła na matkę szklistymi oczami.

    - To poważna sprawa! Musimy się zastanowić... Zaparzę nam dobrej herbaty - Wstała, nalała wody do elektrycznego czajnika i włączyła go - Co mu powiedziałaś dziś rano?

    - W zasadzie nic. Czułam się tak, jakby ktoś walnął mnie w głowę kijem baseballowym, nie mogłam logicznie myśleć, więc po prostu udawałam, że nic wielkiego nie powiedział i szybko wyszłam z domu...

    - I bardzo dobrze! Nie będziesz mu niczego ułatwiała. Jak wrócisz do domu, to nadal udawaj, że tej porannej rozmowy w ogóle nie było! - Matka Julii chodziła nerwowo wokół stołu.

    - Nie rozumiem? - Julia popatrzyła na matkę, oczekując jakiegoś wyjaśnienia.

    - Zyskamy na czasie. Andrzej nie jest zbyt śmiały, ani nie działa impulsywnie. Założę się, że minie trochę czasu zanim znów odważy się poruszyć ten temat!

    - Nie byłabym tego taka pewna. Dziś przy śniadaniu nie dawał łatwo za wygraną! Próbowałam go jakoś zbyć i zniechęcić do kontynuowania tego tematu, ale on cały czas drążył i drążył...

    - Proste pytanie Julcia: chcesz ratować swoje małżeństwo czy nie? - Helena postawiła przed nią kubek z herbatą i usiadła obok niej.

    - Tak, chce... tylko, co ja mam zrobić? Nie będę go prosić, żeby ze mną został!

    - Posłuchaj, nie zapadły jeszcze żadne nieodwracalne decyzje. Andrzej po prostu dał ci sygnał ostrzegawczy, musimy działać... Ojca nie będziemy w to wtajemniczać, on tak lubi Andrzejka... Myślę, że same sobie jakoś poradzimy z tą sytuacją!

    - Mamo, ale o czym ty mówisz? To ja muszę coś zrobić

    - Kochanie, jestem twoją matką i zależy mi, by twoje małżeństwo nie rozpadło się z powodu jakiegoś głupstwa...- Helena zamieszała powoli cukier w swoim kubku z herbatą - Pamiętaj też, że sporo z ojcem zainwestowaliśmy w wasz wspólny start życiowy!

    - Ale co to ma do rzeczy?

    - Wbrew pozorom to bardzo dużo! Mam wrażenie, że Andrzej chyba nie przemyślał tego dobrze, bo jeśli będzie rzeczywiście chciał się z tobą rozstać, to może zostać zupełnie na lodzie. Mieszkanie kupiliśmy ci jeszcze przed Waszym ślubem i jest zapisane na ciebie, a ojciec sfinansował połowę jego samochodu!

    - Mamo, przecież nie będę go teraz straszyła tym, że jeśli mnie opuści, to zażądacie połowy jego samochodu!

    - Nie musisz go straszyć. Wystarczy, że mu to w odpowiednio sugestywny sposób uświadomisz! On jest dorosły i musi zdawać sobie sprawę, jakie będą konsekwencje jego nonszalanckich pomysłów!

    - Okay, a masz jakiś inny pomysł, który pozwoli zatrzymać Andrzeja, w razie gdy sankcje majątkowe nie zrobią na nim wrażenia?

    - Julcia, proszę cię, nie udawaj pierwszej naiwnej! Wszystkie kobiety doskonale wiedzą, jak można łatwo i skutecznie przywiązać faceta do siebie! Musisz zajść z nim w ciążę!... Zawsze ci powtarzałam, że małżeństwo bez dzieci jest ułomne i słabe!

    - Boże, przestań już z tą ciążą! Nie jestem na to gotowa! - Julia podniosła głos i z hukiem odstawił swój kubek z herbatą na stół.

    - Może dotąd nie byłaś! Ale teraz nie masz zbyt wielkiego wyboru! Albo coś zrobisz, albo możesz go stracić!... Gdybyś się wcześniej postarała o dziecko, tak jak ci zawsze radziłam, to założę się, że tej rozmowy dzisiaj by nie było!

    - Ty naprawdę myślisz, że dziecko jest lekarstwem na wszystkie problemy tego świata?

    - Na wszystkie na pewno nie! Ale na twoje problemy jak najbardziej! Andrzej jest tylko mężczyzną, a mężczyźni zawsze potrzebują nowych wyzwań, nowych misji do spełnienia... a w waszym związku zapanowała stagnacja, on nie ma już o co walczyć! Jak zajdziesz w ciążę, Andrzej będzie musiał się zmierzyć z nowym wyzwaniem, będzie musiał zapewnić swojemu potomkowi dobrą przyszłość, zadbać o jego wychowanie i edukację, jestem pewna że to go pochłonie bez reszty i nie będzie już myślał o żadnym rozstaniu z tobą! - Helena coraz bardziej się rozkręcała, snując swoją „ciążową strategię" zatrzymania Andrzeja i przestała właściwie zwracać uwagę na córkę, która patrzyła na nią  z rosnącą irytacją - W samą porę kupiliśmy wam z ojcem ten wózek dla dziecka! Będzie teraz jak znalazł!

    - Boże, ty naprawdę wierzysz, w to co mówisz. Jesteś niesamowita!... Przecież ja biorę pigułki antykoncepcyjne.

    - Nie bądź głupia! Od dziś zacznij wyrzucać każdą kolejną pigułkę do klozetu i nie zapomnij spuścić potem wody!

    - Od wyrzucania pigułek antykoncepcyjnych nie zajdę w ciążę, a Andrzej nie kocha się już ze mną od jakiegoś czasu!

    - Kochanie, czy naprawdę ja, pięćdziesięciopięcioletnia kobieta, mam ci dawać lekcje uwodzenia faceta?... Powiem ci jedno, każdy mężczyzna ma swoje chwile słabości, gdy nie jest się w stanie oprzeć kobiecie. Musisz go tylko dobrze obserwować, znaleźć ten odpowiedni moment i wykorzystać go!

    - Mamo, coraz bardziej mnie zaskakujesz! - Julia pokiwała głową  z niedowierzaniem.

    - A myślisz, że w jaki sposób utrzymałam twojego ojca przy sobie przez 35 lat? Dobry sernik i schabowy to nie wszystko! Potrzeba też trochę sprytu. Nie uczyli was tego na prawie?

W tym momencie do kuchni wtargnął sznaucer Bazyl i podbiegł do Julii radośnie merdając swoim krótkim ogonkiem, a po nim wszedł ojciec Julii. Helena Herman mrugnęła porozumiewawczo do córki i powróciła do robienia ciasta.

16:41, peter_hoffman
Link Komentarze (42) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
następne
Archiwum
Wrzesień 2006
Październik 2006
Listopad 2006
Grudzień 2006
Styczeń 2007
Luty 2007
Marzec 2007
Kwiecień 2007
Lipiec 2007
Marzec 2008
Kwiecień 2008
Ostatnie wpisy
  • Rozdział 51 Fanaberie
  • Rozdział 50 Przygotowania - ...
  • Rozdział 50 Przygotowania - ...
  • Rozdział 49 Na skróty
  • Jeden dzień z życia Doroty W. ...
  • Rodział 48 Jeden dzień z ...
  • Rozdział 47 Wątpliwości
  • c.d. Jeden dzień z życia ...
  • Rozdział 46 Jeden dzień z ...
  • ;-)
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog